Raniutko jeszcze śpiącego jakiś Mongoł podszedł i trącając mnie nogą wypędził głodnego do roboty

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

W Swojczowie rozpocząłem uczęszczać do szkoły powszechnej 7-klasowej. Swojczów to była niewielka wieś, lecz nieco o wyższej kulturze, niż inne pobliskie wsie i kolonie na Ziemi Swojczowskiej. Posiadała murowany kościół pw. Narodzenia NMP, posterunek policji, pocztę, łączność telefoniczną, dwie restauracje, kilka sklepików, straż pożarną wraz z remizą, 7-klasową szkołę, poza tym byli tam szewcy, kowal i inni rzemieślnicy. Wieś Swojczów posiadała również małe boisko sportowe. Aktywnie działały i dynamicznie rozwijały się organizacje, takie jak: harcerstwo, strzelcy, chór kościelny. W organizacjach tych brałem czynny udział, początkowo jako ministrant służyłem do mszy świętej, a potem należałem do chóru kościelnego.

Ze Swojczowem niemal stykały się, takie wsie jak: Wólka Swojczowska, gdzie mieszkali Ukraińcy oraz Wandy Wola i Boża Wola, gdzie przeważnie mieszkali Niemcy. Niemcy mieli swoją mleczarnię, a nasz organista uczył niemiecką orkiestrę. A zatem mieszkali i żyli tu razem, przez wiele dziesiatków lat w zgodzie: Polacy Ukraińcy, Niemcy i Żydzi. Żyliśmy we wspólnocie i nikt nikomu nie uprzykrzał na co dzień życia, dla przykładu w harcerstwie, była młodzież polska i ukraińska.

 

Wojna obnażyła ukrytą wrogość

 

Po ukończeniu szkoły powszechnej, postanowiłem pójść do czynnej służby wojskowej, jako ochotnik, by móc po jej ukończeniu otrzymać gdziekolwiek i jakąkolwiek pracę. O zamiarze tym powiadomiłem swojego brata Stefana Doleckiego, który służył już w Wojskowej Żandarmerii w Warszawie. On to postarał się, aby przydzielono mnie do wojska w Warszawie. Tak więc dnia 2 kwietnia 1937 r. zostałem powołany do 36 pułku piechoty Warszawa Praga. Miałem więc możność poznać dobrze Warszawę. Po kilku miesiącach oddelegowano mnie do dywizyjnej szkoły podoficerskiej w Radomiu. Służbę wojskową ukończyłem we wrześniu 1938 r. w stopniu kaprala.

Po służbie czyniłem starania o pracę, ale bez skutku, powróciłem zatem do domu do Swojczowa, a brat Stefan dalej czynił starania o pracę dla mnie. Wreszcie w czerwcu 1939 r. otrzymałem pracę w Mołodecznie, w woj. Wileńskim, jako Strażnik Graniczny przy fortyfikacji granicy wschodniej. Niestety już 1 września wybuchła II wojna światowa. Zostałem zwolniony i już podczas bombardowania, powróciłem znów do rodzinnego domu, gdzie dowiedziałem się, że była już dla mnie karta powołania na wojnę.

Jako że obowiązywało mnie pospolite ruszenie, zgłosiłem się do 23 pułku piechoty we Włodzimierzu Wołyńskim, skąd zostałem oddelegowany do 50 pułku piechoty do Kowla. Tam rzekomo miał być stworzony drugi front. Tymczasem czekaliśmy na broń przeciwpancerną. Niemcy bombardowali nas w koszarach i cały Kowel, a szczególnie dworzec kolejowy. Myśmy czekali na broń, aż wojna się skończyła. Wyprowadzono wojsko poza miasto i tam powiedziano o zakończeniu wojny, a tymczasem całą kolumną ruszyliśmy do Rumunii.

Sowiecka armia już wkroczyła do Polski, a samoloty sowieckie latały na Kowlem i zrzucały ulotki nawołujące, by chłopi i robotnicy wzięli kosy i siekiery i bili panów, ciemiężycieli. Widząc to wszystko, co się działo wokół nas, przeczuwałem: „Na pewno do Rumunii nie zdołamy się przedostać, no bo gdzie to Kowel, a gdzie Rumunia?”. Opuściłem zatem kolumnę wojsk i pomaszerowałem pieszo do domu do Swojczowa.

W domu i w całym Swojczowie panował dziwny nastrój. Polskiej policji już nie było, za to powstała samozwańcza milicja, składająca się z szumowiny ukraińskiej. Członkowie tej milicji pozakładali sobie czerwone opaski na ramiona i sprawowali władzę. Zapanowała bieda. W sklepach nic nie było, ani soli, ani cukru, słowem nic. Przybył do Swojczowa jakiś typ, nazywał się Lichaczow, niby lekarz – felczer. Zajął mieszkanie byłego policjanta, Kubiaka. Mieszkanie to mocno dewastował. Wtedy zjawił się były policjant Kubiak, właściciel domu. Zwrócił mu uwagę, by tak nie niszczył jego nowego domu. Ten drań Lichaczow, natychmiast zgłosił to milicji. Przyszedł drab, olbrzymi chłop. Nazywał się Cebula. Zamknął Kubiaka w jego pokoju i straszliwie go katował. Słychać było jęki, aż do sąsiedniego domu, gdzie nas grupa chłopców, to wszystko słuchała. Potem widzieliśmy, jak zbitego Kubiaka wrzucili na wóz i wywieźli do Włodzimerza Wołyńskiego do więzienia. I od tego dnia, wszelki słuch po nim zaginął.

Do tej samozwańczej milicji należeli: Cebula, Byczuk, Korczak, Semen Dubińczuk. Oni to władali wsią. Byli to rzekomo komuniści ukraińscy, a tak naprawdę byli to nacjonaliści ukraińscy. To byli właśnie ci, co później, gdy weszli Niemcy, mordowali bezlitośnie Polaków.

 

Zesłanie na Syberię

 

Zanim jednak nacjonaliści ukraińscy dobrali się do Polaków, władze sowieckie, przy udziale miejscowych zdrajców ukraińskich, rozpoczęły wywózkę ludzi na straszną Syberię. W pierwszej kolejności wywożono: policjantów, wojskowych, urzędników, osadników, a w dalszej kolejności ich rodziny, w ten sposób skutecznie zdzisiątkowano polską elitę na Kresach. Podczas cieżkiej zimy 1940 r. Sowieci zesłali w Lasy Swierdłowskie za Uralem, naszego brata Zygmunta Doleckiego wraz z jego rodziną, który mieszkał we wsi Kohylno.

Wkrótce miała miejsce i moja podróż bez biletu na Syberię, podzieliłem los tysięcy wywiezionych polskich rodzin kresowych. W nocy z 23 na 24 sierpnia 1940 r. usłyszałem gwałtowne kołatanie do drzwi. Zapytałem zwyczajnie: „Kto tam? – Otwórz to się przekonasz – brzmiała odpowiedź. To oni. – Wiadomo kto i po co. – Pomyślałem i otworzyłem drzwi.”. Wtargnęli: oficer NKWD oraz samozwańczy sudija (sędzia) z Gnojna również w mundurze NKWD, rozpoznał go bowiem brat Bolesław oraz sołdat z karabinem, a na nim bagnet. Dalsze zdarzenia potoczyły się wartko: „Subirajtis z wieszczami. Pajediesz z nami!” – brzmiała krótka komenda.

Jedyne 20 minut na spakowanie swoich rzeczy. Nie było czasu na zastanawianie się. Chwytałem wszystko, co się dało, głównie odzież. Brata Bolka sparaliżował strach do tego stopnia, że nie mógł się nawet ubrać, poza tym był inwalidą jeszcze z czasów I wojny światowej. W tym czasie kiedy łomotali do drzwi, siostra Felicja zachowała przytomność umysłu i bez wahania nawiała przez okno.

Przypominam sobie, że gdy zabierałem rzeczy spiesząc się, oficer NKWD nic nie mówił, tylko rozglądał się po kątach. Tymczasem ten samozwańczy sędzia, Ukrainiec z Gnojna, popędzał mnie słowami: „Po co to wszystko bierzesz? Pojedziesz niedaleko, a tam wszystko jest.”. Natomiast ten sołdat, który z karabinem pilnował mnie, gdy tylko znaleźliśmy się sam na sam, mówił do mnie cicho po rosyjsku: „Bierz wszystko. Tam nie ma nic. A jeśli ci teraz coś nipotrzebne, to sprzedasz komukolwiek. Bieri wsio.”. Najgorszy diabeł, był ten Ukrainiec z Gnojna. W końcu co zdążyłem, zabrałem. Wsiedliśmy na wóz i odjazd.

Muszę zaznaczyć, ze w pokoju, po drugiej stronie domu, mieszkał mój brat Tadeusz Dolecki z żoną i dzieckiem. Jego również zabrali na drugim wozie, jako osobną rodzinę i zawieźli nas do Włodzimierza Wołyńskiego na stację kolejową. Tam już były podstawione wagony towarowe, do których ładowano ludzi. Istaniał bałagan i zamieszanie. W czasie załadunku brat Bolesław Dolecki poprosił strażnika, by mu pozwolił przynieść wodę do wagonu. Gdy ten pozwolił, wziął wiadro, poszedł i już nie wrócił, udało mu się nawiać. Ja ze względu na mamę Feliksę, uciec nie mogłem.

Do wagonu załadowano około 40 osób, w tym mnie z mamą i Tadzika z żoną i dzieckiem. Tak ładowano setki ludzi różnych narodowości, płci i wieku. Ciasnota, okna zakratowane, prowizoryczne nary do spania. Toaleta to było coś w rodzaju taboretu z otworem, z doprowadzonym przewodem do dziury w podłodze. Powodowało to, że panował smród oraz kolejka do tej wygódki. Po załadunku drzwi zamknięto. Siedzieliśmy stłoczeni, w mroku, na swoich tabołkach. Wreszcie pociąg ruszył. Kobiety i dzieci w płacz. Inni złorzeczyli, inni modlili się przy akompaniamencie płaczu dzieci. Jechaliśmy w kierunku Kowla, skąd przez Łuck, Równo do Kijowa. Z Kijowa przez Orzeł, Tułę, Kazań, Ufa do Czelabińska, już za Uralem. Z Czelabińska jechaliśmy na Magnitogorsk i stepem w kierunku Akmolińska. Wreszcie na jakimś przystanku w szczerym pustkowiu (stepie), pociąg stanął i kazali wysiadać.

 

Mama została już tam na zawsze

 

Podróż trwała 29 dni. Byliśmy głodni, spragnieni, niesamowicie brudni i niemal wycięczeni. W czasie podróży dwoje dzieci zmarło. Dwie zrozpaczone matki pochowały je w czasie przystanku przy torach, zagrzebując nieco ziemią. Po dłuższym oczekiwaniu przywlokły się wozy drabiniaste, ciągnięte przez woły. Zawieźli nas do kołchozu Orłowka, jako punktu zbornego, skąd na drugi dzień rozwieziono nas do rozległych sowchozów i kołchozów. Ja z moją mamą zostaliśmy przydzieleni do sowchozu w Jesielskim Rejonie Akmolińskiej Obłaści. Na drugi dzień, gdy spałem pod gołym niebem, raniutko jeszcze śpiącego, jakiś mongoł o mordzie buldoga, podszedł i trącając mnie nogą, wypędził głodnego do roboty. O dalszym życiu w sowchozie nie piszę, gdyż ogólnie mówiąc, panowały tam okropne warunki: praca, bród i głód, całkowity prymityw życiowy.

Tego wszystkiego nie wytrzymała moja zrozpaczona mama, ciężkich warunków życia i zmarła nagle na serce 22 lutego 1941 r.. Została pochowana w szczerym stepie, ledwie przysypana ziemią, zamarzniętą ze śniegiem, bez trumny, bez krzyża, po prostu jakby to nie był człowiek, ale jakieś tam zwierzę. [fragment wspomnień Zdzisława Doleckiego ze wsi Swojczów na Wołyniu, opracował autor bloga S.T.Roch]

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:6)