Viktor Orban i Andrzej Duda, czyli jak się robi politykę

Obrazek użytkownika payssauvage
Świat

Fala islamskich imigrantów, która za sprawą Niemiec zalewa Europę, jest oczywiście ogromnym problemem, ale jednocześnie stanowi doskonały test dla polityków. Właśnie w takich kryzysowych sytuacjach widać najlepiej, kto się nadaje na sternika nawy państwowej, a kto – mówiąc Marszałkiem Piłsudskim – powinien prowadzać kury… no – tam, gdzie Państwo wiedzą, a ja rozumiem. Moim zdaniem z europejskich polityków najlepiej zdał ten test Viktor Orban, a z krajowych Andrzej Duda. Od razu wyjaśniam, że w swoim rankingu brałem pod uwagę jedynie polityków pełniących funkcje państwowe, a więc mających realne instrumenty do tego, by wpływać na kierunek polityki państwa. W innym wypadku na równi z prezydentem Dudą należałoby postawić Jarosława Kaczyńskiego, który jednym przemówieniem sejmowym nie tylko zręcznie podreperował swój publiczny wizerunek, który media „mętnego nurtu” regularnie niszczą (aczkolwiek z różnym natężeniem) już od 1989 r., ale jednocześnie zapewnił swej partii wzrost notowań.

Zacznę od Viktora Orbana, bo od początku kryzysu imigranckiego stał się on dla liberalnych mediów chłopcem do bicia. Właściwie rzecz biorąc, to Orban jest nim, odkąd w 2010 r. został szefem węgierskiego rządu. Jedyna zmiana polega na tym, że teraz nie gani się go za rzekome zakusy na wolność słowa, czy uchwalenie nie takiej konstytucji, jakiej życzy sobie europejska lewica, ale za brak empatii w stosunku do imigrantów, których zły premier Węgier nie chce nosić na rękach i wypłacać im zasiłków, tylko za to, że żyją. Niemniej, sytuacja Viktora Orbana i tak jest nie do pozazdroszczenia, bo obecna nagonka na niego przekracza wszystko, co do tej pory widzieliśmy, a dodatkowo ma ona pozory uzasadnienia moralnego, zawsze bowiem można się zastawić kobietami i dziećmi rzekomo cierpiącymi katusze z rąk bezdusznych Węgrów. Wprawdzie 90 % przybyszów to dobrze ubrani i odżywieni młodzi mężczyźni, trzaskający sobie „słitfocie”, zupełnie jakby byli na wakacjach last minute, no ale co to za problem epatować opinię publiczną odpowiednio dobranymi zdjęciami, na których roi się od przedstawicielek płci pięknej i islamskiej dziatwy. Wprawdzie i ta dziatwa nie waha się przed obrzucaniem policji kamieniami, ale na razie o tym sza! Na razie w przekazach króluje mały Syryjczyk Alyan, który postradał młode życie, bo tatusiowi zachciało się wprawić sobie nowe zęby.

Orban nie ma lekko, ale właśnie w takich sytuacjach poznaje się prawdziwych mężów stanu. Pierwsza zasada w takich przypadkach brzmi  – znajdź sojusznika! I to jak najszybciej! Już starożytni wiedzieli, że nec Hercules contra plures, i zwracali uwagę, że jedną strzałę bardzo łatwo złamać, ale za to pęk strzał… Każdy, kto próbował wie, jaka to trudność. No więc Orban znalazł sobie sojusznika, by wespół w zespół opór wobec polityki Angeli Merkel móc wzmóc. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że tym sojusznikiem okazał się, ni mniej, ni więcej, tylko koalicyjny sojusznik kanclerz Merkel – Horst Seehofer, w jednej osobie szef CSU i premier Bawarii. W tę środę Viktor Orban był honorowym gościem na zamkniętym posiedzeniu CSU odbywającym się w pobenedyktyńskim klasztorze Banz i wygłosił tam przemówienie, które młodzież określiłaby jednym słowem – „masakra”. Wprawdzie publicysta Spiegla określił wystąpienia Orbana (i poprzedzającego go Seehofera) jako „walkę z cieniem”, ale premierowi Węgier i tak udało się wyprowadzić cios, który dosięgł Angelę Merkel w Berlinie i nawet jeżeli nie był nokautujacy, to na pewno sprawił, że szefowa niemieckiego rządu mocna zachwiała się na nogach. *

A wystarczyły do tego dwa słowa – „moralny imperializm”. Nie wiem, kto to wymyślił, ale należy mu się duża premia. W istocie, przy okazji kryzysu imigranckiego Angela Merkel uderzyła w moralizatorskie tony i cała sprawę zaczęła rozgrywać nie na gruncie procedur i przepisów, ale na gruncie moralnych zobowiązań, które bogata Europa ma wobec „nieszczęsnych uchodźców”. Cel był prosty – Niemcy, które w czasie II wojny światowej dopuszczały się masowych mordów (samych Polaków wymordowali ponad 4 mln) chcieli się w ten sposób wyleczyć politycznie i pokazać, że tamto już się nigdy nie powtórzy, że teraz cały naród składa się z Schindlerów, w najgorszym razie – z lekką domieszką Stauffenbergów. I kiedy wydawało się, że już wszystko gra, kiedy zaczynano pisać o „moralnym supermocarstwie”… Bęc! Przyszedł Orban i zepsuł efekt propagandowy pokazując, że całe to moralizowanie i pięknoduchostwo po staremu służy niemieckim interesom politycznym, które, zgodnie z duchem czasu, nie stroją się już w feldgrau i pikielhaubę, ale w szaty Matki Teresy z Kalkuty (vide okładka Der Spiegla). Oczywiście siłę ciosu Orbana bardzo wzmocnił fakt, że swoje przemówienie wygłosił on na posiedzeniu partii współrządzącej Niemcami. W ten sposób tylko pogłębił podziały w koalicji pomiędzy „imperialistką” Merkel, a „dobrym” Seehoferem, oklaskującym przemówienie premiera Węgier. Przy okazji Viktor Orban zaprezentował się, jako strażnik unijnych granic, działający  w interesie całej Europy.

Jak się porówna aktywność Orban z tym, co zrobiły Kopacz i Piotrowska, to ręce opadają, a na usta cisną się same niecenzuralne słowa. Pewnym pocieszeniem jest aktywność prezydenta Andrzeja Dudy, który w ramach dość ograniczonych kompetencji, jakie polska Konstytucja przyznaje głowie państwa, robi, co może, by zminimalizować straty, jakie ponosi nasz kraj w związku z kryzysem imigranckim. Już w czasie wizyty w Berlinie prezydent dał do zrozumienia, że Polska nie może przyjmować islamskich imigrantów, bo sama ma problem z uchodźcami z Ukrainy. Przekaz był wprawdzie sformułowany w języku dyplomatycznym, ale kto miał zrozumieć, ten zrozumiał. W niedługi czas potem Andrzej Duda złożył wizytę polskim Tatarom i odwiedził zabytkowy meczet w Bohonikach. Było to świetne posunięcie piarowskie, bo przypominało o tradycjach wielonarodowej Rzeczypospolitej, która była otwarta na innych, ale – i to bardzo ważna różnica w stosunku do tego, co możemy obecnie zaobserwować w przypadku Unii Europejskiej – przybysze musieli szanować miejscowe prawa i obyczaje, no i, co oczywiste, pracować na własne utrzymanie, a nie liczyć na comiesięczne strawne w wysokości 100 talarów na twarz. Po tej wizycie trudno byłoby zarzucić polskiemu prezydentowi „islamofobię”, która jest jedną z ulubionych propagandowych pałek na tych, którzy nie chcą chodzić na pasku lewicy i słuchać o „kulturowym ubogacaniu”, którego źródłem rzekomo są islamscy imigranci.

Na wysokości zadania stanęli również urzędnicy z Kancelarii Prezydenta RP. Podobały mi się zwłaszcza słowa Pawła Solocha, z Biura Bezpieczeństwa Narodowego, który stwierdził, że nie należy się bać imigrantów, ale przymusowych kwot, narzucanych przez Unię Europejską. W ten sposób Soloch rozbroił minę z napisem „ksenofobia”. W istocie nasz kraj powinien mieć jakąś sensowną politykę imigracyjną, bo nie chodzi o to, żeby Polska otoczyła się chińskim murem i nie wpuszczała nikogo. Wpuszczajmy, ale po pierwsze – tylko tych ludzi, których my chcemy (proponuję dobrze wykształconych specjalistów z zakresu nauk technicznych), a nie tych, których narzuca nam Unia; po drugie – Polska ma mieć z tego korzyść, a więc ci ludzie muszą ciężko pracować, a nie wyciągać rękę po zasiłki i po trzecie – przybysze mają się dostosować do nas, nie my do nich. A, no i po czwarte – uprzywilejowaną pozycje powinni mieć potomkowie naszych Rodaków ze wschodnich województw II RP zagarniętych w 1939 r. przez Stalina.

Z kolei jak nie prowadzić polityki pokazała Ewa Kopacz, która po raz kolejny udowodniła, że dopóki rządzić będzie Platforma Obywatelska, dopóty Polska będzie tylko i wyłącznie państwem na posyłki dla Berlina**. W tym kontekście wyjątkowo humorystycznie brzmią słowa szefowej rządu, która zarzuca prezydentowi Dudzie „niesamodzielność”. I kto to mówi?

 

*) http://pl.blastingnews.com/polityka/2015/09/klopoty-a-merkel-czy-fala-imigrantow-zatopi-pania-kanclerz-00576817.html

**) http://pl.blastingnews.com/polityka/2015/09/trybunal-stanu-dla-kopacz-i-...

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:16)

Komentarze

Witam

 

Bardzo porządna analiza. Mam przekonanie, że szale odporu na wędrówkę ludów, lub najazd, zaczną się coraz bardziej przechylać na korzyść rozsądnych przeciwników. Merkel już nie ma szans.

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
8
Nie podoba mi się!
0
#1494518

Witam! Podoba mi sie zobrazowanie zaistnialego problemu trzezwym rzeczowym spojrzeniem! Nie takiej chcemy UE! Nie pod nowa niebezpieczna hegemonia Niemiec,ktora ma parcie na wyjalowienie wartosci kulturowych poszczegolnych krajow czlonkowskich,w tym przede wszystkim Polski! Z nami to nie przejdzie! Polacy przede wszystkim kochaja wolnosc,a nie dyktat! Chciaz rzadzacy zdrajcy i zlodzieje kultu mamony probuja zniszczyc nasz kraj,starajac sie z Polski zrobic kolonie! Pozdrawiam!

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

ronin

#1494522

pożytecznej idiotki - Kopacz! I to jest tajemnica poliszynela od czasu powołania Piotrowskiej na stanowisko ministry. 

Czy wizyta prezydenta Dudy u polskich Tatarów to "pijarowskie posunięcie"? 

Ja bym określenia "pijar" używała ostrożnie bo jest to termin z groźnej dla relacji międzyludzkich na wszystkich szczeblach inżynierii społecznej, która najbardziej służy tym, którym zależy na zepsuciu tych relacji. "Public relation" jest tak samo sztuczne jak dziedzina inżynieria społeczna i jest elementem manipulacji, do której inżynieria społeczna została stworzona. I proponuję to wtłaczać do głów ogłupionych. Pijar to sztuczki. Dlaczego zwykły normalny człowiek nie ma potrzeby korzystać z usług pijarowca, a do tych usług, do sterowania nagminnie przybiegają politycy? Tusk premier nawet nie pierdnął bez zezwolenia Ostachowicza, dziś nie pierdnie Kopacz bez pytania Tuska o zezwolenie. Komorowski miał swoją Jowitę... Pijaru i pijarowca dziś potrzebują tylko dwie kategorie - albo kompletne antysocjalne niemoty na wysokich stanowiskach, albo ktoś, kto chce zbić szybko i grubą kasę na frajerach. Obie te kategorie łączy jedno - zysk, który pozwoli im utrzymać się przy korycie! 

Pijar i państwo/głowa państwa/mąż stanu to oksymoron.

Racja stanu i państwo/głowa państwa to normalność.

...Andrzej Duda nie potrzebuje pijaru i jeśli jako prezydent RP coś robi to nie ze względu na pijar, a ze względu na polską rację stanu. Prezydent  Lech Kaczyński gdyby się kierował pijarem to dziś by żył. Ale nie - On się kierował polską racją stanu i musiał zostać wyeliminowany przez tych, dla których pijar to podstawa egzystencji bez względu na jej przestrzeń. 

 

Pozdrawiam.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

contessa

___________

"Żeby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być". L.Kaczyński

 

 

#1494585

Kłaniam się nisko i pozdrawiam serdecznie!

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

payssauvage

#1494610