Naiwna decentralizacja profesora Antoniego Dudka

Obrazek użytkownika michael-abakus
Kraj
Historia zna takie przypadki, polegające na naiwnym zaufaniu pokładanym w najprzeróżniejszych mitach o cudownych lekach na wszystkie choroby. Wiara czyni cuda, ale zbyt często prowadzi na manowce. Dlatego zapraszam profesora Antoniego Dudka do zejścia z tej drogi [link] i proszę o poważne zastanowienie nad propozycją tej decentralizacji.
Wiara w decentralizację należy do kategorii mitów. Mit o panaceum zakłada istnienie prostego rozwiązania albo sposobu poradzenia sobie z wszystkimi problemami - jeden lek na wszystko. Doradzam powrót do lektury "Traktatu o dobrej robocie" Tadeusza Kotarbińskiego, w którym decentralizacja jest jednym z narzędzi dobrej roboty w konkretnych zastosowaniach. I tyle. Decentralizacja nie jest systemem ideologicznym ani żadnym panaceum.

Nauki medyczne już dawno dowiodły, że cudowny lek na wszystkie choroby nie istnieje, panaceum jest niemożliwe. Okazuje się, że ani w historii, ani żadnej praktyce społecznej istnienie rozwiązania ustrojowego skutecznie pełniącego rolę panaceum - także nie jest możliwe.
 
Od czasu do czasu pojawiają się takie projekty, a niekiedy totalitarne ideologie proponujące przeróżne utopie, które maja zapewnić wieczną szczęśliwość. Dość szybko okazuje się, że najcudowniejsze projekty i przepisy na uniwersalną szczęśliwość kończą się koszmarem folwarku zwierzęcego.
Są dwa bardzo ogólne, wręcz filozoficzne wytłumaczenia tego stanu rzeczy. Plus hipoteza o stanie współczesności.
 
  1. Wiadomo, że nie tylko w historii ani w życiu społecznym nie dzieje się z jednej przyczyny ani nie jest skutkiem jednej procedury ani objawem jednego ciągu zdarzeń. Tak jest nie tylko w życiu społecznym, ale także w przyrodzie a nawet w fizyce lub zjawiskach technicznych. Po prostu rzeczywistość zawsze jest splotem wielu różnych procesów o różnej intensywności wzajemnego oddziaływania. Taki węzeł gordyjski nie zawsze daje się rozciąć jednym uderzeniem miecza. Bardzo często, albo nawet zawsze wchodzące w ten splot procedury i mechanizmy pochodzą z tak różnych przestrzeni, że nie ma dla nich wspólnej miary. Właśnie dlatego wszelkie zdarzenia mogą być źródłem nieprzewidywalnych synergii i sprzężeń oraz nieoczekiwanych konfliktów. Dla rzeczywistych splotów takich sytuacji nie ma żadnych uniwersalnych rozwiązań. Podam prosty przykład:
    Nie zawsze gdy w chałupie jest duszno, dobrym rozwiązaniem jest otworzenie okna. Szczególnie, gdy wokół chałupy wyje straszna dujawica i zacina ulewny deszcz.
    Zawsze przy podejmowani decyzji potrzebne jest dostrzeżenie całego układu oraz w miarę pełnego splotu interesów oraz ich oddziaływań, zarówno lokalnych i nielokalnych. Dlatego ani JOW, ani centralizacja, ani decentralizacja, ani nawet demokracja nie może być dobra na wszystko.
     
  2. Przyjmowane przez różne utopie uniwersalne, ideologiczne rozwiązania są jak matematyczne funkcje, które mają swoje dziedziny, czyli przestrzenie w których działają jak należy, a poza swoimi dziedzinami nie działają wcale, albo zamieniają się w potwory. Tak jest z wszelkimi zjawiskami, nie tylko społecznymi. Nawet demokracja ma swoją dziedzinę, poza którą zaczyna być koszmarem. Gdy ktoś chce dopytać o przykład, proponuję poczytać co nieco o anarchosyndykalizmie. Jaki będzie skutek, gdy batalion wojska w obliczu natarcia wroga zasiada do głosowania, czy ma się bronić, zwiewać czy się poddać?
     
  3. Hipoteza o stanie współczesności: 
    Raz: Współczesność ma zasięg globalny, więc ograniczenie przestrzeni decyzyjnej do sfery lokalnej jest nonsensowną głupotą. W tym sensie decentralizacja jest co najmniej niebezpieczna dla społeczności lokalnej.
    Dwa: Współczesność jest tak skomplikowanym zjawiskiem, które biegnie tak szybko, że powstające problemy muszą być rozwiązywane w miejscu ich powstawania. W tym sensie decentralizacja jest co najmniej koniecznością dla społeczności lokalnej.
    To nie jest ani paradoks ani nawet sprzeczność! Po prostu - funkcja decentralizacji ma różne dziedziny w różnych przestrzeniach zjawisk.
     
Są procesy i zjawiska społeczne i państwowe, które mogą a nawet powinny być decentralizowane, a są takie których decentralizowanie jest absurdem, albo nawet zbrodnią.
Proszę, niech mi ktoś odpowie na takie pytanie - jak zdecentralizować polskość?
____________________________________________

następny - poprzedni

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.6 (głosów:9)

Komentarze

Najpierw Heller teraz Kotarbiński !

Kogo nam znowu przedstawiasz? Chcesz do reszty zniszczyć katolicką Polskę?

Wolnomyśliciel, humanista , zwolennik etyki niezależnej...od Boga.

Pisywał w piśmie „Racjonalista" , który ukazywał się przez mniej więcej trzy lata, od 1930 roku. I ciągle działał na nerwy kręgom katolickim i przykościelnym.

Tekstami przede wszystkim Kotarbińskiego dotykał ważnych dla Polaków spraw.

O aborcji napisze on, że jest to "kawalkada fałszów", oburza się na nazywanie stosunków seksualnych młodych jako koncesję "ducha na rzecz grzesznego ciała", o celibacie pisze, że jest to "prowadzenie zdrowych i dojrzałych mężczyzn do perwersji i obłudy", a etykę seksualną kościoła tworzy kongregacja kawalerów.

http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5884

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-3

Verita

#1595346

Czytałem Kotarbińskiego "Traktat o dobrej robocie", Władysława Tatarkiewicza" Historię filozofii", Jewgienija Tarle biografię zatytułowaną "Napoleon",  Erskine Caldwella "Poletko pana Boga", a także Karola Marksa "Kapitał", oraz "Krytykę programu gotajskiego" i najprawdopodobniej jeszcze kilka tysięcy innych książek. 

Poletko Pana Boga czytałem pod ławką na lekcji języka  polskiego w czwartej klasie szkoły podstawowej. Nauczycielka wezwała rodziców. Przyszedł Ojciec i skwitował stanowisko pani nauczycielki w ten sposób:

Proszę pani, Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk mieści się w Warszawie, przy ulicy Mysiej 2, nie mam z tą firma kontaktu, by konsultować się w sprawie lektur mojego syna. Czyta co chce, jeśli książki nie rozumie, to ja odkłada. Czy nie jest pani ciekawa co moje dziecko zrozumiało z tej książki, skoro ją czytało?
I nie czekając na potwierdzenie pani profesor, poprosił mnie o krótką relację:
- No powiedz synu, o czym jest ta książka?
Odpowiedziałem:
- To jest książka o obrzydliwej hipokryzji i kłamstwie faceta, który próbował oszukiwać Pana Boga, łamiąc własne zobowiązanie o przeznaczeniu należnej Bogu dziesięciny z konkretnie wydzielonej przez siebie działki. Kiedy jednak spodziewał się, że znajdzie na tym Poletku Pana Boga coś bardzo cennego, ropę naftową na przykład, to zabierał Bogu tę działkę i naznaczał inną, o której wiedział, że jest jałowa. Ta książka jest znakomitym opisem obrzydliwej hipokryzji i zakłamania chciwego człowieka bez sumienia. Tyle z tej książki zapamiętałem i nigdy już do niej nie wracałem.
Pani profesor już nic nie mówiła.

Tadeusza Kotarbińskiego "Traktat o dobrej robocie" czytałem w więzieniu, w czasie, gdy byłem internowany. To był dobry czas na czytanie, ponieważ książka była gruba, tak na oko ze czterysta stron i moim zdaniem była bardzo wartościową lekturą, więc nie przejmuję się kompromantami zgromadzonymi przez panią w celu skompromitowania autora. Jest to stary SB-ecki trick, pochodzący jeszcze z czasów carskiej ochrany, więc nie przejmuję się tym wcale.

"Kapitał" Karola Marksa czytałem w czasie studiów, przejrzałem to dość dokładnie i już wtedy doszedłem do wniosku, że cała wartość tej pracy może być zawarta w takiej opinii: - Kapitał Karola Marksa może być uznany za raport z wizyty studyjnej w fabrykach włókienniczych w Manchesterze w połowie XIX stulecia. Wyniki obserwacji są nadmiernie uogólnione, znacznie ponad przestrzeń rzeczywistych obserwacji, a treść raportu jest zbyt anachroniczna, najprawdopodobniej dlatego, że Karol Marks pisał wolniej niż zmieniały się cechy realnego kapitalizmu. Mój wniosek końcowy był następujący: "Kapitał" K. Marksa był przestarzały i nie opisywał trafnie cech realnego kapitalizmu już w czasie ukazania się pierwszego wydania. Tę opinię miałem o tej książce natychmiast w czasie jej pierwszego czytania w roku 1967. Czyli moim zdaniem był to gniot, nie nadający się ani do czytania, ani do poważnego wykorzystania. Moim zdaniem podobną opinię musieli mieć wszyscy prawdziwi komuniści, którzy zapewne nigdy tego gniota nie czytali i nawet nie próbowali się tym "dziełem" zainteresować.
Domyślam się dlaczego.
Ponieważ doskonale wiedzieli, że ten cały marksizm to lipa. Element ideologicznej dezinformacji stosowany w komunistycznej propagandzie. I nic więcej. Ideologia działa jako opium ludu wykorzystywane przez komunistów.

MAM TERAZ TRZY WNIOSKI ALBO RACZEJ RADY DLA SZANOWNEJ PANI VERITY

  1. Proszę o nie posługiwanie się w komentarzach kompromantami przygotowanymi przez pani kolegów z SB
  2. Proszę nie stosować przeciwko moim felietonom, zapisów GUKPPiW, ponieważ już dawno są nieaktualne, a ponadto nie ze mną te numery.
  3. Proszę przyjąć do wiadomości, że wyciąganie wniosków o dziele naukowym.literackim, muzycznym albo o obrazie na podstawie życiorysu autora jest nieefektywne. Na przykład Ludwig van Beethoven był głuchy, co, jak się okazuje, nie świadczy o tym, że był kiepskim kompozytorem. Znowu głupie chwyty emerytowanych ubeków.

Oczywiście, z całym szacunkiem dla pani, zakładam, że pani doskonale wie co to są kompromanty. Ale nie radzę pani samodzielnego czytania nawet niezbyt grubych książek. Książki warto czytać wtedy, kiedy czytelnik rozumie co czyta.

 

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
-1

michael

#1595364

Słowa całkiem dla mnie obce. W słowniku znalazłam tylko " kompramat "- termin z gwary rosyjskich służb specjalnych dotyczący haków czyli materiałów kompromitujących.

Nie wiem co pan miał na myśli...zresztą nie pierwszy raz. Teksty , które pan zamieszcza  są obszerne, chaotyczne i bez sensu...mimo ,że niektórym się bardzo podobają.

Nadal twierdzę, że propagowanie takiego wolnomyśliciela  jak T:K:  w Polsce delikatnie  mówiąc , nie jest mądre.

Nie interesuje mnie pańska bibloteka, nie zamierzam też czytać Kotarbińskiego, który napisał :

 "Trwanie moje i moich ukochanych i wszystkich w ogóle osób kończy się wraz z życiem naturalnym, tak jak kończy się życie mego przyjaciela psa, którego nieśmiertelności nie przewiduje się w katechizmie, podobnie jak nie przewiduje się nieśmiertelności muchy, konającej na lepie."

 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-1

Verita

#1595413