JAK SFAŁSZOWANO (nie tylko) TE WYBORY

Obrazek użytkownika Dariusz Grudziecki
Kraj

Wybory samorządowe anno domini 2014 odchodzą do historii. Miłościwie nam panująca (z nadania „króla” Europy) Pani Premier raczyła nam już zakomunikować, że wybory te były świadectwem siły naszej „demokracji”.  No cóż, Pani Premier może nie wiedzieć, że w nauce utożsamianie (przeprowadzenia) wyborów z demokracją skompromitowało się dobre kilkadziesiąt lat temu. Chociaż jako polityk „piastujący” jedno z najważniejszych stanowisk w państwie raczej powinna.

Jednak, choćby z racji swojej działalności (w końcowce PRL-u) w ZSL-u powinna to wiedzieć „z praktyki”. Co więcej, Pani Premier raczej pamięta, że wybory przeprowadzane w PRL-u „biły na głowę” pod względem organizacyjnym tę improwizację, którą przez tydzień mogliśmy obserwować, za sprawą - nieodpowiedzialnych (w praktyce) przed nikim - „leśnych dziadków”.

Może więc Pani Premier, tak zachwycona „rozwojem” naszej „demokracji”, powinna dopowiedzieć, że „jeszcze trochę”... i dościgniemy w „dziedzinie demokracji” standardy PRL-u?

Partia konkurencyjna wobec rządzącej koalicji (konkurencyjna „w chęci sprawowania władzy”) obwieścila, że właśnie „odbyte” wybory samorządowe zostały sfałszowane.

Z tezą o sfałszowaniu (nie tylko) tych wyborów nie mogę się nie zgodzić.

Rzecz w tym, że ja:

a)w dużej mierze odmiennie, a na pewno znacznie szerzej, postrzegam, na czym sfałszowanie (nie tylko) tych wyborów polegało;

b) dostrzegam znaczny wkład tej partii w sfałszowanie (nie tylko) tych wyborów.

Kiedy – prawie wiek temu – nauka (czyli „uczeni w piśmie”) dostrzegła, że utożsamianie samego faktu przeprowadzenia w danym państwie wyborów z twierdzeniem o istnieniu w tym państwie demokracji, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, znakomicie za to ułatwia legitymizację wszelkiego typu dyktatur, autokracji, oligarchii itd., nauka ta zaczęła gorliwie szukać wyjścia z sytuacji.

I znalazła. W postaci tzw. „standardów”, które wybory powinny spełniać, aby były to wybory „demokratyczne”.

Katalog tych „standardów” jest coraz dłuższy, a … demokracji (bez cudzysłowu, a więc „prawdziwej”) jak nie było, tak nigdzie nadal nie ma. Dość powszechnie możemy za to podziwiać „demokracje” - w cudzysłowiu. „Pięknie” rozbudowane fasady, za którymi kryją się ustroje mające niewiele – lub nic – wspólnego z „władzą ludzi”. Tych ludzi, którzy w danych państwach żyją, którzy te państwa tworzą i którzy są prawnymi właścicielami tych państw.

Wybory, aby mogły być uznane za „demokratyczne”, muszą być więc, według tych „standardów”, np. „wolne”, „uczciwe”... (itd., itd. - szkoda miejsca na tę wyliczankę). Jeżeli wybory są „niedemokratyczne”, to państwo, w którym te „wybory” się odbywają, nie jest uznawane za „demokrację” - przez inne „demokracje”. Z reguły. Bo są wyjątki. Według uznania. Ten rozgrywający się „na żywo” właśnie obserwujemy, czego dowodem stanowisko Parlamentu Europejskiego.

Opisywanie, dlaczego przeprowadzone właśnie wybory samorządowe nie spełniają kryteriów „demokratycznych wyborów” nie ma sensu, bo pod tym względem „wybory” te zostały już przeanalizowane przez specjalistów w tej dziedzinie, np. przez Pawła Kowala. Czy powinny więc zostać powtórzone?... Odpowiedź będzie wpisana w dalsze partie niniejszego tekstu.

Wydaje się, że – ze względu choćby na skalę zamieszania ze zliczaniem głosów, długość czasu pracy komisji i, co się z tym wiąże, przechowywaniem kart z oddanymi (lub nie) głosami poza dozorem komisji w pełnych składach – nawet dla głosicieli „siły polskiej demokracji” bezdyskusyjnym powinno być przekonanie, że głosy wyborców powinny zostać powtórnie sprawdzone i przeliczone. Choćby tylko po to, aby można było udawać, że „standardy demokratyczne” zostały zachowane.

Rzecz w tym, że to przeliczenie najprawdopodobniej i tak nie wyjaśniłoby tego „CUDU NAD URNĄ”, którym zostaliśmy uraczeni: cudownego rozmnożenia się głosów PSL-u wraz z jednoczesnym skurczeniem się głosów PIS-u. Cudu - bo w błąd „sondażowni” mógłbym uwierzyć. Nawet w taki, że jednemu podmiotowi ubywa 6%, a drugi podmiot akurat te 6% zyskuje. Kiedy jednak ten „błąd” dokonuje się przy tak kompromitującym przebiegu wyborów... to tych zbiegów okoliczności dla mnie trochę za dużo.

Paradoks polega na tym, że odkrycie, jak ten CUD mógł zaistnieć, jest trudne lub już nawet niemożliwe, także za sprawą... partii głoszącej tezę o sfałszowaniu wyborów. Bo partia ta głosowała za obowiązującym kodeksem wyborczym. A kodeks ten zniósł, na przykład, wymóg opisywania w protokole przyczyn nieważności oddanych głosów: np.odrębnego zliczania kart (broszurek) czystych, odrębnego zliczania kart (broszurek) zawierających więcej niż jedno „skreślenie” itd.

Załóżmy jednak, że wybory samorządowe, które przeszły już do historii (nie wierzę, że sądy za sprawą protestów wyborczych coś tu zmienią), odbyłyby się „lege artis”: zgodnie z wszelkimi „szykanami” przewidzianymi (przez naukę i przez różne organizacje: np. przez Radę Europy) dla „demokratycznych wyborów”. Czy wtedy nie byłyby one sfałszowane?

Krzewiciele „demokratycznych” standardów w wyborach, rzecz jasna, stwierdzliby wtedy, że były one „wolne”, „uczciwe”, „rzetelne”... (itd. itd.), a więc, że o żadnym fałszerstwie nie może być mowy. Krzewiciele ci mają jednak pewien podstawowy problem. Bez trudu można wskazać państwa, gdzie wybory przeprowadza się zgodnie z takimi „demokratycznymi” standardami, a gdzie... wynik wszyscy znają już przed wyborami. Tak, jak ma to miejsce np. w Rosji, czy na Białorusi. (http://grudziecki.salon24.pl/547199,czy-na-bialorusi-jest-demokracja-oczywiscie-podobnie-jak-w-p ).

Z tego wynika „oczywista oczywistość” - nawet jeśli przyjmiemy, że w trakcie minionych wyborów samorządowych, fałszerstw (w przyjmowanym powszechnie rozumieniu) nie było lub że miały one charakter marginalny, to Polska, przeprowadzając wybory tak, jak je przeprowadziła, nie zachowała standardów, które standardem są już nawet w Rosji czy na Białorusi. Ot, taki paradoks!

Rzecz w tym, że te fałszerstwa, które sugeruje PIS - jeśli miały miejsce - są fałszerstwami drugorzędnymi. Wybory te bowiem zostały sfałszowane w całości i to przed wyborami.  I to na „kilku poziomach”.

Dlaczego?

Sprawa jest prymitywnie prosta. Każdy na nią patrzy, a jakoś nikt jej (niby) nie dostrzega.

Wybory, o których mówimy, były przecież wyborami samorządowymi. Już z samej definicji etymologicznej, bez odwoływania się do głębszych założeń, wynika, że to mieszkańcy danego obszaru: gminy, powiatu czy województwa, powinni w tych wyborach  SAMI wybierać SWOICH przedstawicieli i  swoich „włodarzy”.

Nie ma jeszcze (1.12.2014 r.) na stronie PKW wyników wyborów, jednak z informacji o wynikach cząstkowych, przekazywanych za pośrednictwem TV, można się zorientować, że w wyborach do sejmików wojewdzkich kandydaci wyborców w skali całego kraju zdobyli śladowe ilości mandatów (pewnie ogółem da się je policzyć na palcach jednej ręki). Prawie wszystkie mandaty stały się łupem 4 partii, zabetonowanych od lat w parlamencie.

Dlaczego?

Czy może dlatego, że obywatele nie próbowali sami startować?

A może dlatego,że wyborcy aż tak kochają te partie polityczne, tak doceniają ich ciężką harówkę od świtu do nocy dla dobra obywateli, że tylko na te partie chcieli głosować?

Pewnie znajdą się jacyś naiwni, którzy może tak pomyślą. Na pewno zaś takiej „śpiewki” możemy spodziewać się ze strony „funkcjonariuszy” tych partii.

Prawdziwe przyczyny są proste i znane ogółowi czytelników. Oto niektóre z nich:

  1. Ordynację, według której odbyły się te „wybory” zwane „samorządowymi”, napisały te 4 partie. Jak i po co ją napisały, widzimy po wynikach tych (i poprzednich) wyborów;

  2. Partie te przyznały sobie wielomilionowe fundusze na swoje funkcjonowanie, mogą więc przeznaczyć na kampanię środki, o których komitety wyborców nawet chyba nie mogą marzyć;

  3. Partie te mają – z wielu różnych przyczyn: np. obsada „radiokomitetu” - dostęp do mediów (TV, prasa) w stopniu nokautującym niepartyjną konkurencję;

  4. Z racji „sukcesów” w poprzednich „wyborach” „samorządowych” mają „swoich ludzi”na wszystkich szczeblach samorządu, a samorząd jest jednym z największych (jeśli nie największym) pracodawcą w naszym kraju. A praca na etacie jest w naszym kraju wyjątkowo cennym i coraz rzadszym dobrem. Nikt pochopnie takiego dobra nie chce tracić;

  5. itd., itd..

Wybory „zostały rozegrane” przez partie polityczne na długo przed otwarciem lokali wyborczych nie tylko na szczeblu województw, ale i na niższych szczeblach. Na szczeblu lokalnym jednak spotkały wcale nierzadko godnego siebie konkurenta.

Ktoś pomyśli zapewne, że to komitety wyborców i ich kandydaci na radnych, wójtów, burmistrzów, czy prezydentów miast.

Nic z tych rzeczy.

Na tym szczeblu wybory rozgrywają „dużo cwaniej” – z reguły – inne podmioty.

Pisałem o tym rok temu w artykule: „Niech żyją kliki.... czyli samorządowa inicjatywa ustawodawcza Pana Prezydenta” ( http://grudziecki.salon24.pl/531842,niech-zyja-kliki-czyli )

Udział wyborców w „samorządności” został sprowadzony do wrzucenia – raz na cztery lata - karki do urny wyborczej. Oczywiście, wyborca może myśleć inaczej. To nawet wskazane.

 

W każdym razie z prób rzeczywistego decydowania o swoich „małych ojczyznach” jest leczony skutecznie. Mogliśmy to obserwować przy okazji ubiegłorocznych referendów. Pisałem o tym w artykule: „Klęska warszawska”

( http://grudziecki.salon24.pl/540983,kleska-warszawska)

Referenda były złe... i „strasznie” kosztowne. W skali całego kraju kosztowały.... kilka milionów.

Ile kosztuje nas PKW? I co mamy w zamian?

…....

Inne teksty autora (m.in.) na: http://grudziecki.blog.pl/

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.9 (głosów:15)

Komentarze

Doskonała i obiektywna analiza redaktora Sakiewicza w ostatnim nr.Gazety  Polskiej -

polecam  

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
-1
#1453745