Sztuka fugi, sztuka życia i umierania, cz. II

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Za główny temat Sztuki Fugi Jan Sebastian Bach wybrał piękną, przejmującą i prostą melodię. Temat ten wprowadza zaraz na początku pierwszej fugi i ten sam temat w różnych wariacjach powtarza się do ostatniej fugi (Contrapunctus XIX). Bach był mistrzem improwizacji. Brał prostą, ładną, wpadającą w ucho melodię – ale w sumie nic nadzwyczajnego – i tworzył z niej arcydzieło. Jest to jeden z tajemnic jego geniuszu, czy geniuszu w ogóle. Zwyczajni, pospolici muzycy, artyści postępują inaczej. Czekają z utęsknieniem na genialny motyw muzyczny, na owe mityczne natchnienie, aby wpadło im do głowy i uczyniło z nich geniusza i/lub osoby bardzo bogate. Gdy ich spytać, to mówią, że ciężko pracują i są gotowi: ołówki naostrzone, papier przygotowany, gitara nastrojona, nawet przy łóżku mają papier i coś do pisania – na wypadek, jakby im się to przyśniło, jak wiadomo, we śnie przychodzą najlepsze pomysły – i czekają, czekają, czekają na ten cudowny pomysł, na genialny motyw, a wtedy stworzą arcydzieło, który rzuci wszystkich na kolana… tylko te cudowne zrządzenie losu, ten los na loterii jakoś ich omija. Taki pech, albo złe szczęście. I tak na tym wyczekiwaniu schodzi im życie; lata mijają, w końcu umierają ze starości a oni nadal są dobrze zapowiadającymi się, ciągle młodymi muzykami, czy artystami.

   Rzeczywiście, w muzyce tak bywa, że ktoś napisze ładną, melodyjną piosenkę, która trafia na listy przebojów. Szczęśliwy traf się zdarza. Nawet jeden przebój wystarczy na dostanie życie dla fartownego kompozytora i jego potomków również. Lepsze to od szczęśliwego losu na loterii. Ten kto wygra na loterii dostaje dużą, ale jednorazową kwotę pieniędzy i potem tylko patrzy jak jego pieniądze na koncie topnieją, jak śnieg na wiosnę. Szczęśliwy kompozytor przeboju na swoim koncie banowym również widzi zmieniające się cyfry, ale na plus, nie na minus. W dzień i w nocy, przez wszystkie dni roku na jego konto wpływa nieprzerwany, stały strumień, a cyferki na kocie mielą i mielą, rosną i rosną, dzięki rozbudowanemu systemowi prawa autorskich. Czyż to nie cudowne uczucie? To tak jakby mieć własną, prywatną drukarnię pieniędzy w dodatku całkowicie legalną! Nieliczni szczęśliwi autorzy kilku, czy kilkunastu przebojów, jak niektóry piosenkarze, czy autorzy musicali zdobywają majątek, który stawia ich w rzędzie najbogatszych. Muzyka to wielki biznes. Pośród 100 najbogatszych, prawie 40 to muzycy: piosenkarze, kompozytorzy. Ale jakże wielu czeka, czeka, i umiera nie doczekawszy się tego muzycznego, czy artystycznego… datku z nieba.

    I pomyśleć, że Jan Sebastian Bach przez całe życie z trudem wiązał koniec z końcem i aby dorobić i utrzymać liczną rodziną oprócz pracy organisty musiał dawać lekcję muzyki i zmagać się z tępymi nieukami, którym słoń nadepnął na ucho, a których jedyną zaletą był bogaty tatuś, czy mamusia, niezłomnie wierzący w urojony talent muzyczny słodziutkiego cukiereczka. Jan Sebastian nie czekał na szczęśliwy traf. Dla niego nie brakowało pięknych, muzycznych motywów. Muzyczne zabawy, ludowe melodie, niańka nucąca kołysankę, czy muzyka w kościele… Gdyby Bach przeżył operację oczu i żył powiedzmy jeszcze ze dwadzieścia lat, to nie zabrakłoby mu muzycznych tematów do swoich kompozycji. Współcześnie Bach ze swoim talentem do znajdowania muzycznych motywów i ich pięknego opracowywania, jako autor przebojów, muzyki filmowej, czy musicali byłby miliarderem, wkładając w to może jedną setną, lub jedną tysięczna pracy, jaką wykonał. Ba, Jan Sebastian Bach współcześnie nawet jako autor muzycznych dzwonków do smartfonów zarabiałby miliony, wykonując pracę dla niego równie łatwą jak kiwanie palcem w bucie.

   Michał Anioł, rzeźbiarz, zapytany, jak on to robi, że rzeźbi takie piękne posągi odpowiadał dowcipnie, że tak naprawdę te postacie już są w bloku marmuru, a jego skromnym zadaniem jest je tylko wydobyć. Ani Jan Sebastian Bach, ani Michał Anioł nie musieli czekać i nie czekali na przebłysk geniuszu, na mityczne natchnienie. Na ten… los szczęścia.

 

Ciemna strona księżyca

Starożytny, grecki filozof Epikur napisał: „A zatem śmierć, najstraszniejsze z nieszczęść, wcale nas nie dotyczy, bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma. Wobec tego śmierć nie ma żadnego związku ani z żywymi, ani z umarłymi; tamtych nie dotyczy, a ci już nie istnieją” (Epikur z listu do Menoikeusa). I precyzuje: „Bo zaiste, jeśli jakaś rzecz nie mąci nam spokoju swą obecnością, to niepokój wywołany jej oczekiwaniem jest zupełnie bezpodstawny” (Epikur, list do Menoikeusa). Strach przed śmiercią jest śmieszny, głupi, nieracjonalny i po prawdzie dziecinny. Przecież śmierci nie ma! A przynajmniej nic nas ona nie obchodzi, czy nie powinna nas obchodzić. Bać się śmierci to jakby bać się pożarcia przez chimerę, czy stratowania przez centaury, czy wyssania twojej krwi przez wampiry – wszystko twory wyobraźni, które nie istnieją i istnieć nie mogą. W tym strachu przed śmiercią jesteśmy jak dzieci, które boją się Baby Jagi, złego wilka z lasu, czy innych postaci z bajek. Pod względem logicznym podważyć zdania Epikura się nie da. Śmierci nie ma. Kropka. Nie ma? Śmierci nie ma? Sprzeczne to ze zwykłymi odczuciami, ze wspomnieniami. Tak wielu pochowaliśmy bliskich, krewnych, przyjaciół, a tu ten grecki filozof mówi, że to złudzenie. Że śmierci nie ma! Że śmierć się nie liczy, że jest bez znaczenia.

   Istnieje jasna strona księżyca, ta którą widzimy na niebie, i ciemna, niewidoczna. Ukryta. Podobnie w życiu. Są sprawy, o których wolimy nie mówić. Kiedyś takim tematem był seks. Nie dziś. Dziś temat seksu wałkowany jest publicznie w każdym, nawet w tym najbardziej dziwacznym, czy odrażającym aspekcie. Dziś tematem tabu jest przemijanie, umieranie. Najbardziej wstydliwy temat to śmierć. O tym się nie mówi. To jest temat niemodny i niestosowny. Szczytem złego smaku jest to, że umieramy. Że czas płynie. Oto mamy wakacje. Kolejne wakacje. Takie same jak rok temu, jak pięć lat temu. Takie same, ale przecież inne. Takie same, ale nie takie same. Jak wakacje za rok, czy trzy lata temu. Weźmy ten dzień, dzień, jak co dzień. Jak wczoraj, jak jutro. Widzimy przed sobą niekończący się szereg takich samych dni… jakbyśmy byli nieśmiertelni. Ale to tylko miraż, złudzenie optyczne, bowiem w przestrzeni czasu mamy bardzo krótki wzrok. W wymiarze casu jesteśmy ślepi jak krety.

  Ciemną stroną księżyca w muzyce jest dla mnie druga, nieformalnie druga, część Die Kunst der Fuge, ta niepoprawiona przez kompozytora. Bach umiera. Kiedy nadchodzi śmierć, która przecież nie istnieje, ale gdy nadchodzi to, czego nie ma, następuje redukcja. Odrzuca się rzeczy mniej ważne, skupiając resztę sił i czasu, jaki pozostał, na najważniejszych. Bach planował zapewne 24 części dzieła. Wykonał 11, zakończone piękną i długą fugą (Contrapunktus XI, pięć minut długości) i uznał, że to połowa, ale potem, w miarę postępu choroby już wiedział, że nie zdąży skomponować drugiej połowy. Ale pracuje ile może, na ile pozwala mu choroba, siły i stan zdrowia. Kanony praktycznie są gotowe. Komponuje fugi 12-te w dwóch wersjach (Contrapunctus 12a. 2.15’ i Contrapunctus 12b, Inversus, 2.16’). Potem fugi oznaczone numerem 13-tym (Contrapunctus 13a, 1,58’ i Contrapunctus 13b, Inversus, 1,58’). Numeracja fug jest umowna, pochodzi od wydawcy i różni się w różnych wykonaniach podobnie jak długoś utworów. Te czasy utworów są z wykonania Keller Quartett, naprawdę piękna interpretacja. Ale te ostatnie fugi są inne, to znaczy temat przewodni jest taki same, są niby takie same jak poprzednie, ale inne. Bardziej mroczne. Nawet gdy muzyka jest pogodna. Przykładowo Contrapunctus 13a to pogodna, radosna muzyka, prawie taneczna. Co dziwne, Bachowi zdarzają się błędy, może nie błędy – skoki, niespodziewane nuty, coś co nigdy Bachowi się nie zdarzało w jego idealnej harmonii. Jakby muzycy fałszowali. Ale muzycy tej klasy nie fałszują. Grają to, co jest zapisane w nutach. Bach nigdy nie wypuszczał w swoich kompozycjach fałszywych nut. I długość fug. Te fugi maja długość około dwóch minut. Połowa długoś poprzednich fug. Urywają się nagle, w połowie mniej więcej, ale kompozytor umiejętnie to zakrywa kończąc fugi w jednym, dwóch taktach. Bach, nawet umierający, to mistrz co się nie zdarza.

 

Ostatnia fuga

Przychodzące i odchodzące fale gorączki. Ból narastający do granic wytrzymania i zwolna gasnący, ale nigdy nie znikający, zawsze obecny, jak bolesny cierń; utraty przytomności i ciężkie, coraz cięższe ocknienia, upokorzenia związane z niemożnością samodzielnego załatwiania potrzeb fizjologicznych i koniecznością szukania pomocy innych… Brud, poniżenie, cierpienie, narastający strach i panika. Więcej boimy się nie śmierci, lecz męki umierania. Tak zwykle wygląda nadchodząca śmierć, niezależnie od przyczyny, od medycznej nazwy choroby, ani od tego, czy umierający jest genialnym kompozytorem, czy zwykłym, tzw. szarym człowiekiem. Nie bacząc na chorobę Bach zaczyna pisać następną fugę. Przerywa w połowie. Nie jest w stanie jej skończyć. Pisze kolejną. To samo. Trzecią. Czwartą. Nie skończone. Przerwane w połowie. Coraz krótsze. Ma coraz mniej sił. Ostanie dni przelewają mu się przez palce, a ma tyle do powiedzenia, tyle muzyki do skomponowania. Skupia się. Odpoczywa. Zbiera resztę sił. Piszę ostatnią fugę – Contrapunctus XIV (lub XV, czy XIX) tu o długości 10.34’, (12.14’ u Glenna Goulda). Najdłuższą w całym zbiorze. Ponad dwukrotnie dłużą od innych. Powraca ostatni raz przewodni muzyczny motyw, ale zaprezentowany zupełnie inaczej. Muzyka zaczyna się wolno, ciężko, jakby z trudem, jak strumień płynący pod górę. Żądnych błyskotliwych pasaży, żadnych ozdóbek. Włącza się drugi głos i trzeci. Głosy nabierają siły i czystości, mocy i rytmu. I ten przejmujący przewodni temat, powtarzany w różnych wariantach, Bach zaczyna zwyczajne swe czarowanie dźwiękiem, ale mniej w więcej w połowie zaczyna się coś dziwnego: najpierw pojedyncze „fałszywe” tony, potem głosy przestają współgrać, grają przeciw sobie, czy obok siebie, pojawia jakby kryzys objawiający się narastającym dysonansem. Głosy milkną wreszcie, lecz przetrwa ten cudowny temat przewodni, ocaleje głos, który podejmuje wątek. Gould gra tę część palcami jednej dłoni, a druga dłoń gra bezgłośnie w powietrzu. Muzyka ocalała. Płynie nadal główny muzyczny temat fugi.

   Co to było? Utrata przytomności? Atak bólu? Ile trwało, nim kompozytor powrócił do muzyki? Dysonanse w muzyce Bach się nie zdarzają. Dysonans, czyli muzyczny chaos, u niego to muzyczny zapis cierpienia. Krzyk bólu to też dźwięk, który można zapisać w nutach. Tak być może uczyniłby pośledniejszego kalibru kompozytor, lecz nie Bach, mistrz harmonii i polifonii. U niego ból, cierpienie objawia się narastającym dysonansem między głosami. Lecz muzyka ocaleje. Głosy wracają, znów tkają swą cudowną i kunsztowną pajęczynę dźwięków. W harmonii i radości. I tylko te nieposłuszne nuty pojawiające się znienacka i zgrabnie wplatane w muzyczną materię. Muzyka jest coraz ciemniejsza, jeśli tak można rzec o muzyce. Pojawia się i narasta kolejny, drugi dysonans. Drugi kryzys, mniej więcej w 5/6 długości. Głośniejszy. Głębszy. Lecz muzyka i tym razem ocaleje. Gould gra tu dwoma, trzema palcami, tyle wystarczy, druga dłoń faluje niecierpliwie w powietrzu. Nuty płyną wolno, pojedyncze, ciężkie i obolałe, lecz muzyczny temat powraca. Zostało jeszcze dwie minuty muzyki.

    Jak po wielkiej chorobie, jak po ciężkim omdleniu świadomość wraca zwolna i stopniowo. Druga dłoń wraca do klawiatury. Jest już drugi głos, pojawia się trzeci. I znów jest temat fugi, dźwięki płyną wolno i przejmująco. Nagle, gdy muzyka jakby pojaśniała, gdy zdaje się, że zmierzamy do szczęśliwego zakończenia, dłonie Goulda odskakują jak oparzone od klawiatury. W wykonaniu kwartetu smyczkowego Keller Quartett ten koniec nie wygląda tak dramatycznie – w ogóle nie wygląda, nie ma obrazu, jest tylko dźwięk – lecz muzycznie brzmi chyba bardziej przejmująco. Te płaczliwe brzmienie skrzypiec, czy wiolonczeli nagle urwane! To nuty się kończą. To zapis śmierci. W tym miejscu Bach nie umarł, sparaliżowany po wylewie czekał śmierci, jak wybawienia, zamknięty w więzieniu bezużytecznego już ciała. Pewne jest, że nie napisał już ani jednej nuty więcej, więc jest to jednak zapis jego śmierci.

   Kiedyś, przed laty, gdy pierwszy raz słuchałem Sztuki Fugi, te nagłe zakończenie ostatniej fugi mocno mnie zdziwiło. Pomyślałem, że to odtwarzacz zawinił. Puściłem ostatnią fugę jeszcze raz i znów te samo raptowne zakończenie, urwane, jakby w pół słowa. Sprawdziłem: czas na odtwarzaczu zgadzał się z czasem podanym na obwolucie płyty. Widać tak być musi. Nie zaprzątałem sobie więcej tym głowy.

   Jan Sebastiana Bach, „Die Kunst der Fuge”, Contrapunctus XIX, koniec manuskryptu, ostatnie takty. Najpierw cichnie trzeci głos, potem urywa się drugi. Tchu, życia starcza tylko na kilka nut pierwszego, najważniejszego głosu. Tych kilka nut, to jak kilka uderzeń serca. Gdy serce przestaje bić, człowiek umiera a muzyka cichnie. Dalej jest tylko cisza. Puste pięciolinie.  

   W manuskrypcie, w tym miejscu, gdzie urywają się nuty, Carl Philipp Emanuel Bach dopisał: "Über dieser Fuge, wo der Name B-A-C-H im Contrasubject angebracht worden, ist der Verfasser gestorben" (Gdy motyw B-A-C-H pojawia się w kontrtemacie fugi, kompozytor zmarł). B-A-C-H w notacji muzycznej pojawia się kilkukrotnie wcześniej w Contrapunctus XIX, chyba pierwszy raz po drugim kryzysie, czego C.P.E Bach, syn Jana Sebastian nie zauważył. Widać, odczytanie przez syna manuskryptu ojca było nader pobieżne.

Muzyczny motyw: B-A-C-H w Contrapunkctus XIX, Die Kunst der Fuge. Z Wikipedii

   Współcześnie umieramy się w szpitalach; w specjalnych salach chory podłączony jest do różnych rurek, przewodów, na monitorach kolorowe wykresy: praca serca, puls, ciśnienie, temperatura… Monitory mrugają, rysują się rytmiczne piki na wykresach… Gdy piki znikają, gdy zamiast pików, kreślą proste linie, gdy piszczy przeraźliwie sygnał dźwiękowy automatycznie wzbudzanego alarmu, jest to zaawansowana technicznie oznaka śmierci. Lekarza stoją zakłopotani. Po chwili znikają. Idą do innych pacjentów. Tu już są niepotrzebni, przecież nie reanimuje się trupa. Ktoś zamknie oczy, nakryje prześcieradłem to coś, co jeszcze kilka minut temu było czyimś mężem, synem, córką, albo matką. A teraz jest tylko workiem gnijącego mięsa, kości i płynów ustrojowych, jadów i mnożących się lawinowo bakterii. Trzeba pozbyć się zwłok jak najszybciej, oczywiście z zachowaniem pozorów szacunku należnego zmarłym. Śmierci przecież nie ma; tylko ludzie są i już ich nie ma. Umyte, odkażone łóżko potrzebne jest dla następnych pacjentów.

   Czy te puste pięciolinie nie przypominają wygładzających się wykresów pracy serca na szpitalnym monitorze? Końcowe takty, a właściwie cały manuskrypt Contrapunctus XIX można potraktować jak muzyczny zapis choroby i umierania. Ale to nie jest muzyko o śmierci. Jest to wspaniała muzyka, muzyka żywa, muzyka życia, często radosna, nie przypomina w niczym muzyki nostalgicznej, smutnej, którą zwykle kojarzy się ze śmiercią. Tomaso Abinoni włoski kompozytor o kilkanaście lat starszy od Bacha skomponował słynne Adagio g-mol. Muzykę o rozstaniu, czy pożegnaniu, o smutku. Jeden z przebojów muzyki baroku, bodaj czy nie najczęściej wykonywany, gdyż to Adagio jest bardzo często „puszczane” na pogrzebach. Nikt nie odtworzy ostatniej fugi Bacha na pogrzebie, bowiem ona tam nie pasuje. To muzyka o życiu, o woli życia, choć wiem, że to okropnie brzmi, jak wyjątek z Nietschego przejęty przez hitlerowska propagandę. Ale wola życia istnieje. Dzięki niej tak wielu co rano wstaje z łóżka, myje zęby i idzie do pracy. Albo łykają kolejną porcje tabletek, aby uśmierzyć ból, czy powstrzymać chorobę. Zmagają się z kolejnymi, codziennymi kłopotami, które dla nich urastają do rozmiarów Himalajów.

   Sztuka Fugi to dzieło dydaktyczne? Muzyka nie do grania, lecz dzieło teoretyczne? Akademicka wprawka w sztuce kontrapunktu? Bzdura. W swoim ostatnim dziele Bach rozsadza ramy polifonii. Zarzuty przeciwnej natury. Że ta fuga jest szorstka, niewygładzona? Muzyka dzika? Barbarzyńska? Jak pisał Arthur Moeller van den Bruyck wybitny niemiecki krytyk kultury żyjący na przełomie XIX i XX wieku: "…nie jest to muzyka, lecz coś barbarzyńskiego, co wyrodziło się w rodzaj kontrapunktycznej kociej muzyki." Nawiasem mówiąc ten sam człowiek stworzył pojęcie, czy hasło: Trzecia Rzesza. Ten krytyk miał rację. W ostatniej fudze Bach łamie harmonię, antycypując nadejście XX – wiecznej muzyki. Sztuka Fugi to dzieło jak najdalsze do XIX wiecznych teoretyków muzyki, którzy przecież przez tak długi czas decydowali o tym, jak powinna brzmieć muzyka: jaka muzyka jest dobra, a jaka zła.  

   Michał Anioł jest autorem pięknych rzeźb, cudownie wykończonych, jak jego Dawid. Zda się że gdyby dotknąć skóry tej postaci to poczułoby się tętno serca i ciepło ciała, a przecież to rzeźba z zimnego marmuru. Michał Anioł stworzył również inne rzeźby pod koniec swego długiego i pracowitego życia. Potężne torsy usiłują się wyrwać z bryły marmuru, mięśnie napięte w nadludzkim wysiłku. Te rzeźby nie zostały skończone, ale przecież artysta zostawił je w takim stanie, jakby były skończone. Tu częścią rzeźby jest bryła marmuru, z której wyłania się postać, w tytanicznym a beznadziejnym wysiłku. W pewnym sensie Contrapunctus XIX to muzyczny odpowiednik tych niedokończonych, lecz skończonych rzeźb, tyle, że Bachowi do końca nie zabrakło wiele, może minuta, dwie muzyki.

   Czy Bach, gdyby przeżył, gdyby dana mu była szansa dokonania korekty tekstu, to czy usunąłby dysonanse? Czy wygładziłby „zbędne”, „fałszywe” nuty? Czy też zostawiłby to tak, jak to zapisał? Jako pamiątkę swojej choroby i cierpienia? Wiadomo jedno. Jan Sebastian Bach: ten dziwak i uparciuch, tern monotematyczny nudziarz, ten pracoholik i seksoholik, ten dzieciorób, co dwóm, kolejnym żonom zrobił dwadzieścioro dzieci, znów wygrał umierając. Z materii swojej śmierci, z agonii i bólu skomponował swoją najlepszą fugę! Najwspanialsze dzieło muzyki. Ten żarliwy obrońca polifonii łamiąc harmonię ocalił harmonię! Znowu mu się udało. Umierając stworzył chyba swe najwspanialsze muzycznie dzieło. Udowodnił, że warto być tym głupim, co daje, niż mądrym, co bierze.

 

Łabędzi śpiew

Starożytni Grecy stworzyli również legendę o łabędzim śpiewie. Wyobrażali sobie, że skoro łabędzie to takie piękne ptaki, to gdyby łabędzie śpiewały, to ich śpiew byłby równie piękny jak wygląd. Lecz łabędzie nie śpiewają. Ale gdyby śpiewały, raz jeden, umierając, jaki to byłby to cudowny śpiew! Swą ostatnia fugą Bach fugą pokazał, że legenda o łabędzim śpiewie jest prawdziwa, choć akurat on pięknie śpiewał przez całe życie. Trudno sobie wyobrazić piękniejszy łabędzi śpiew, niż jego ostania fuga numer XIX. Gdybym miałbym wybrać jeden utwór muzyczny, który miałby ocaleć, gdy inne ulegną zniszczeniu, bez wahana wybrałbym Contrapunctus XIX z Die Kunst der Fuge.

Chociaż… właśnie wysłuchałem koncertu fortepianowego Chopina c-mol w wykonaniu Krystiana Zimermana. I sam już nie wiem. Nagranie ma ponad 40 lat, pochodzi ze zgrzebnych czasów komuny, ale jest doskonałe technicznie, podobnie idealna jest gra młodego wówczas Zimermana. Chopin umarł w wieku 39 lat na gruźlicę. Okropną miał śmierć, jak to zwykle u gruźlików, wcale nie lżejszą niż Bach. Chyba bym się zawahał z tym wyborem. Na szczęście jest wiele, no może nie wiele, ale jest trochę pięknej muzyki, jak jest wiele pięknych kwiatów. Jedni wolą takie kwiaty, inni inne. Trzeba się jednak pochylić, albo wysilić. Ale warto, moim zdaniem.

Wakacje. Potem jesień, zima, i tak dalej. Miesiące, dni. Każdy dzień podobny do innych, każdy inny. Co dnia gramy swoją fugę, w zdanych ramach, w określonych granicach, wedle reguł, które nie my ustalamy. Każdy jak może, na ile mu sił starcza, jak potrafi śpiewa, albo gra swoją osobistą sztukę fugi, wiedząc, że to utwór o określonej długości. Bowiem może i śmierci nie ma, lecz życie to przemijanie. Czas, życie, umieranie. Czy życie to umieranie? Życie to zmiana, zmiana to przemijanie. Jeśli uznać przemijanie za umieranie, to tak. Wszystko przez czas. W muzyce bardzo ważne jest wyczucie czasu. Na obraz na ścianie można patrzeć tak długo, jak się komu podoba, utwór muzyczny ma określoną długość. Lecz czas można wypełnić rozmaicie. Dać się nieść z prądem, razem z innymi, albo strać się wypełnić go własną treścią, nawet jeśli to boli. Przede wszystkim trzeba chcieć, mieć wolę życia, nawet jeśli byłoby to jedynie poranne wstanie z łózka. I tę wolę życia słychać w tym cudownym motywie przewodnim, który zgłuszony przez chaos, przeciwieństwa, czy cierpienie odradza się i znowu gra. Znów zagłuszony znów gra, gra, gra swoja muzykę aż do końca. Tu nie koniec jest ważny. Koniec każdy zna. Ważne jest życie. Życie i muzyka. Oto prawdziwa sztuka fugi. Sztuka życia i umierania. W pewnym sensie wszyscy, każdy z nas gra swą fugę, choć niewielu jest w niej mistrzami.

   Wola życia to pogański slogan, splugawiony przez hitlerowska propagandę, użyty jako narzędzie rasistowskiej ideologii pangermańskiej wszechmocy. A przecież to prawda. Mogą być różne motywy tej woli, chęci życia. Samo życie, przyjemności, majątek, sława, dzieci… Całe spektrum. Od chęci użycia po Boga. Czasem trzeba wejrzeć głębiej. Na koniec tekst Chorału XI z Kantaty: Jesu, meine Freude, BWV 227, Jan Sebastian Bach był muzykiem komponującym przede wszystkim muzykę chrześcijańską. Wiara nie była dla niego czczym słowem, ani w muzyce, ani z życiu. Ci, co mają łatwe, proste i przyjemne życie, oni nie potrzebują wiary, ani Boga, ani zbawienia. W każdym ciężkim, trudnym życiu, pełnym cierpienia i rozpaczy postać Jezusa jest oparciem i wybawieniem.

 

Weicht, ihr Trauergeister,

Denn mein Freudenmeister,

Jesus, tritt herein.

Denen, die Gott lieben,

Muss auch ihr Betrüben

Lauter Zucker sein.

Duld ich schon hier Spott und Hohn,

Dennoch bleibst du auch im Leide,

Jesu, meine Freude.

 

 Ustań, smutku wszelki,

Pocieszyciel wielki,

Jezus przy mnie tuż.

Miłujących Boga,

Choć ich gnębi trwoga,

Radość wita już;

Choć tu w znoju dźwigam krzyż,

Ty położysz kres żałości,

Jezu, ma radości!

 (* tekst i tłumaczenie ze strony: http://kbpp.org.pl *)

   Bachowski komentarz do słów z listu świętego Pawła do Rzymian: „A jeśli Duch tego, który Jezusa wzbudził z martwych, mieszka w was, tedy Ten, który Jezusa Chrystusa z martwych wzbudził, ożywi i wasze śmiertelne ciała przez Ducha swego, który mieszka w was.” (Rzym 8, 11).

   Czyż może być piękniejsza nadzieja i lepsze źródło tej chęci, radości życia? I ta cudowna muzyka… Piramida: Kantata 227, inne kantaty, na koniec Die Kunst der Fuge, na samym szczycie Contrapunctus XIX… Czy to jest źródło życia? Dla niektórych, tak. Źródło muzyki? Sztuki fugi, sztuki życia i umierania.

  Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.  

 

P.S. Tekst publikuję ponownie za trzecia próbą, bowiem zniknął nie wiedzieć czemu. Bez obrazków, bo nie "wchodzą". System edycyjny tutaj to porażka. Pozdrawiam.

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)

Komentarze

Całkowita zgoda - z interpretacją i odczuciami - w związki ze Sztuką Fugi. I - sztuką Życia. Czuję to bardzo podobnie.

Zwłaszcza że myśl o przemijaniu i Nowym Życiu towarzyszy mi intensywnie -  od pewnego czasu.

Przy okazji - warto pamiętać, że nazwisko Bach znaczy, przetłumaczone na polski - strumień.

Serdeczne dzięki!

Pozdrawiam,

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1599502

z całym szacunkiem; pisałam dyskretnie na pocztę wewnętrzną, ale bez reakcji, pozdrowienia, m.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Bóg - Honor - Ojczyzna!

#1599576

Witam Panią, 

ma Pani racje Chopin napisał koncerty fortepianowe e-moll i f-moll. Po pani liście zrobiłem poprawkę i tekst zniknął, przez tutejszy system, a raczej jego błędy. Dlatego już nic nie będę poprawiał, szkoda zachodu, chyba, że system edycji ulegnie zmianie. 

 

Pozdrawiam i dziękuje za uważną lekturę

 

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1599588

Choroba, na którą cierpiał to mukowiscydoza, czyli zwłóknienie torbielowate, choroba o przebiegu postępującym, powodująca dysfunkcję układu oddechowego, pokarmowego i rozrodczego - vide https://www.mukowiscydoza.pl/o-nas/mukowiscydoza-wszystko-o-chorobie/czy... Jednym z typowych objawów jest słony pot - podwyższone stężenie HCl w wydzielinie gruczołów potowych. Leczenia przyczynowego nie ma, leczenie objawowe pozwala przedłużyć życie chorym i zwiększyć jego komfort.

Na gruźlicę chorował i umarł Juliusz Słowacki.

Proszę nie poprawiać wpisu - szkoda byłoby, aby zniknął czy został uszkodzony.

Serdecznie pozdrawiam,

 

 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1599661