Niemcy, Rosja, czy... Polska?

Obrazek użytkownika Szeremietiew
Kraj

Zapętliła się sprawa „trytolowego” artykułu ogłoszonego w dzienniku „Rzeczpospolita” nazywanego pieszczotliwie „Rzepą”; ktoś ją ostatnio, być może słusznie, nazwał brzydko „Rzopą”.

Dziwne ewolucje gazety (redaktor naczelny, niczym jakiś pseudominister „oddaje się do dyspozycji„) wywołały różne komentarze. Dlaczego to się stało nie ma jednego wyjaśnienia, lub inaczej, są różne wymiary tego dziennikarskiego „wybuchowego" przedsięwzięcia. Usiłowałem ten problem przybliżyć w moim tekście pt. „Naczelna Prokuratura Burdenki”. Chcę to szerzej rozwinąć.
Wg mnie jest trochę tak, jak z „aferą korupcyjną” w MON w 2001, ujawnioną też, nota bene, w „Rzeczpospolitej”. Dziś wiadomo, że wcale nie chodziło o łapanie złodziei publicznego grosza. To co napisali dziennikarze miało spowodować zmiany na stanowiskach w MON, usunięcie osób decydujących o zakupach uzbrojenia – do wydania było ponad 20 mld PLN i dla zainteresowanych miało znaczenie, kto będzie podejmował decyzje na co je wydać. Teraz mamy zdaje się podobną zmyłkę: wcale nie chodzi o Smoleńsk, jak ktoś mógłby sądzić.
W Polsce toczy się tzw. wojna polsko-polska, ale tym co ją wywołali i podtrzymują, napuszczając na siebie Polaków, nie o Polskę chodzi. Ta wojenka jest – jak można sądzić – produktem pochodnym procesów zachodzących poza Polską i ponad Polską.
Kształtuje się nowy ład międzynarodowy i wielcy świata usiłują, nie sięgając na razie do siły zbrojnej, ułożyć na nowo wzajemne relacje. System tzw. jednobiegunowy, z dominującą pozycją USA, zdaje się odchodzić do przeszłości.


Chiny stały się drugą największą potęgą gospodarczą na globie, czasem twierdzi się, że już są pierwszą, a do przyszłego „koncertu mocarstw” decydujących o losach świata aspirują Indie i Rosja, które według prognoz mogą wysoko awansować.


To oznacza, że tracą dominującą pozycję potężne gospodarczo i militarnie Stany Zjednoczone, a także drugi "wielki" Zachodu, Unia Europejska. Unia grzęźnie zresztą w coraz większym kryzysie gospodarczym i jest chwiejącym się kolosem na wojskowych glinianych nogach.
Jest pewne, że świat zmienia się, a w nim znajduje się państwo polskie, gospodarczo i militarnie słabe, a do tego nękane ciężkim wewnętrznym kryzysem politycznym.

Rosja a Niemcy
Z racji położenia „miedzy Niemcami a Rosją” i sytuacji geopolitycznej dla losów Polski podstawowe znaczenie ma to, co zrobią jej wielcy sąsiedzi. Ich zamiary nie są jednak jasne. Istnieje wśród Polaków dość powszechne przekonanie, że Niemcy i Rosja zawsze porozumieją się kosztem Polski. To prawda potwierdzona historycznie, ale tylko częściowa prawda. Zdarzało się bowiem w przeszłości, że cele strategiczne Niemiec i Rosji wykluczały się. Dochodziło między nimi do konfliktów (pierwsza i druga wojna światowa). Niestety zawsze, z racji naszego położenia, te konflikty dewastowały Polskę.
Czy sprzeczność strategicznych celów Niemiec i Rosji znowu ujawnia się, a miedzy Berlinem i Moskwą rozpoczęła się rozgrywka, kto będzie rządził w „naszej” części świata? Może to być przecież Eurazja od Władywostoku do Lizbony pod przewodnictwem Kremla, jak chciałby prezydent Putin, ale może to też być zjednoczona przez Berlin Europa z podporządkowaną Niemcom Rosją jako rynkiem zbytu dla europejskich, tj. niemieckich towarów, dostarczycielką surowców dla europejskiej, tj. niemieckiej gospodarki. Kto więc będzie tym razem numerem pierwszym?


Tak ma być? – rosyjska Eurazja
Kreml stara się zdominować Europę zarzucając na nią sieć swoich rurociągów gazowych, ale przecież nie ma tylu stanowisk w Gazpromie, aby wszystkich wpływowych Niemców zatrudnić, jak Putin to zrobił z byłym kanclerzem Schroederem.


Czy może tak? - niemiecka Mitteleuropa
Do niedawna wspólnym celem Niemiec i Rosji było usunięcie wpływów amerykańskich z Europy. Niemcy po rozpadzie Związku Sowieckiego i zjednoczeniu przestały bać się najazdu sowieckich czołgów, poczuły swoja siłę gospodarczą i zaczęły wyzwalać się spod kurateli USA. Rosja po okresie rządów prezydenta Jelcyna włożyła znowu buty rosyjskiego imperializmu i postanowiła odzyskać mocarstwową pozycję nie dopuszczając do ekspansji amerykańskiej (NATO) u swych granic. Tymczasem jednym z państw, w którym Amerykanie mieli największe wpływy, była Polska. Wokół niej zaczęły grupować się kraje sąsiednie, nazwane przez sekretarza obrony Donalda Rumsfelda „Nową Europą”, zacieśniające swoje relacje z USA. To irytowało Rosjan, ale także Niemców.
Niemiecki dziennik "Sueddeutsche Zeitung" informował, że w kręgach politycznych Niemiec funkcjonuje pogardkiwe powiedzenie o Polsce jako "trojańskim ośle" Ameryki. Przegrana George W. Busha, objęcie prezydentury przez Baracka Obamę i wycofywanie się USA z Europy Srodkowej w istotny sposób zmieniło sytuację. Obama po prostu wycofał się z wszystkich kontrowersyjnych dla Kremla planów, w tym rozszerzenia NATO o Gruzję i Ukrainę i budowania bazy wyrzutni rakiet pod Redzikowem. Zdeklarował, że chce "zresetować" stosunki z Rosją i nawiązał bezpośrednie kontakty z Putinem i Miedwiediewem. Wytłumaczenia tej zmiany trzeba poszukiwać na Bliskim Wschodzie. Troska o bezpieczeństwo Izraela i zapewnienie sobie dostępu do arabskich złóż ropy oraz związany z tym konflikt z wojowniczym islamem Obama odziedziczył po poprzednikach, ale pojawiły się nowe czynniki nakazujące zmiany w polityce USA. Okazało się, że Iran, główny wróg Izraela, może liczyć na mocne wsparcie wojskowe Chin. A Pekin dysponuje poważnym potencjałem militarnym.


Chińskie siły zbrojne są największymi na świecie, liczą 2,25 mln., a łącznie z formacjami paramilitarnymi – 3,25 mln. W razie wojny Pekin może zmobilizować ponad 7 mln ludzi, a ponadto dysponuje zdolnymi do służby 216 mln. rezerwistów. Stany Zjednoczone musiały znaleźć sojusznika, który będzie szachował Chiny swoim potencjałem. W Waszyngtonie uznano, że tym sojusznikiem może być Rosja.
Na stronach Departamentu Obrony USA można znaleźć opracowanie Hudson Institute, pt. „The Great Siberian War of 2030” (Wielka Wojna Syberyjska 2030). Czytamy w nim, iż potęgujące się braki surowców zmuszą Chiny do podboju bogatej w gaz i ropę rosyjskiej Syberii. Konflikt chińsko-rosyjski byłby czymś pożądanym dla USA. Jednak potencjał Rosji był za słaby, aby mogły one rywalizować z Chinami. Obama uznał, że wsparciem dla Rosji może być potencjał Europy. Próba zjednania Rosji jako sojusznika utrudniającego Chinom działania antyamerykańskie skutkowała wycofywaniem się USA z Europy Środkowej. Rosja uzyskała szanse odzyskiwania wpływów w „bliskiej zagranicy”.
Można powiedzieć, że w ten sposób, niejako bez wysiłku, Berlin i Moskwa dopięły swego. Jednak wraz z tym przyszłość wzajemnych relacji między obu państwami stała się niejednoznaczna.
Niemcy znowu poczuły się mocarstwem. W Berlinie podkreśla się co prawda, że przyszłość Niemiec to Europa, ale to Niemcy chcą definiować europejskie interesy i uważają, że mają do tego prawo. A to oznacza, że interesy europejskie stają się tożsame z interesem Niemiec, a UE środkiem do ich realizacji, czasem w uzgodnieniu z Francją. Niemcy widzą siebie jako centrum Europy. Uważają się za jej naturalnego lidera, zwłaszcza, że są głównym płatnikiem netto w Unii. Pojawiają się opinie w niemieckiej publicystyce wskazujące, aby politycy niemieccy zaczęli stanowczo artykułować narodowe interesy Niemiec. Wiele wskazuje, że w Berlinie uświadomiono sobie istnienie sprzeczności niemieckiego interesu narodowego z interesem rosyjskim.
Na początku czerwca 2012 prezydent Putin odwiedził Berlin. Gazety donosiły: Angela Merkel jest Rosją rozczarowana, łagodnie mówiąc. Na Władimira Putina, który w piątek odwiedził Berlin, czekało lodowate powitanie.
W Berlinie narastają obawy przed mocarstwową polityką Rosji i pojawiły się wątpliwości, czy Kreml będzie respektował niemieckie interesy gospodarcze na swoim terytorium. Do tego kanclerz Merkel oględnie, ale jednak potępiła groźby szefa sztabu generalnego rosyjskiej armii gen. Makarowa straszącego Europę rakietami Iskander. Zapewne wiedziała co robi. W styczniu 2012 (wg innych danych w listopadzie 2011) w rosyjskim sztabie generalnym na zamkniętym posiedzeniu prezentowano zagrożenia dla bezpieczeństwa Rosji. Gen. Makarow najpierw informował, że Polska myśli o zajęciu części dwóch obwodów sojuszniczej Białorusi: brzeskiego i grodzieńskiego. Następnie wskazał na państwa bezpośrednio zagrażające integralności rosyjskiego terytorium: Estonia chciałby odzyskać tereny przygraniczne utracone na rzecz Rosji po drugiej wojnie światowej, a Finlandia chciałaby zwrotu Karelii. Makarow wskazał też na roszczenia Norwegii do terenów na półwyspie Kola i do szelfu kontynentalnego na Morzu Barentsa. Jednak nowe było wskazanie, że zagrożony jest także okręg kaliningradzki przez Litwę i ... NIEMCY!


Mimo deklarowanych bardzo dobrych stosunków między obu państwami rosyjscy wojskowi pierwszy raz wskazali na Niemcy jako zagrażające dla bezpieczeństwa Rosji.

W Polsce
Procesy zachodzące w relacjach między mocarstwami mają swoje odbicie w polityce polskiej. Znany publicysta Stanisław Michalkiewicz twierdzi, że w Polsce wprost decydują „razwiedki”, wywiady innych państw. Bez wątpienia działa w Polsce obca agentura i można wskazywać agentów wpływu działających w Polsce w imię obcych interesów. Możemy zresztą dostrzec różnorakie wpływy, nie tylko agenturalne, ale także polityczne, gospodarcze, finansowe, medialne. Mamy też wykształcone wyraźnie środowiska polityczne, które w uproszczeniu można nazwać „stronnictwem pruskim” i „strojnictwem ruskim”. To istotna komplikacja w polskiej polityce.
Do tego nie wiemy ciągle, co było przyczyną katastrofy polskiego samolotu rządowego pod Smoleńskiem, ale nie ulega przecież wątpliwości, że śmierć w niej ponieśli czołowi zwolennicy linii proamerykańskiej w polskiej polityce. Byli to politycy tej miary jak prezydent Lech Kaczyński, a tylko przypadek sprawił, że wśród pasażerów Tu-154 nie było jego brata Jarosława. Zginęli też cieszący się zaufaniem Amerykanów najwyżsi polscy dowódcy: szef Sztabu Generalnego WP gen. Franciszek Gągor, absolwent NATO Defense College w Rzymie i National Defense University w Waszyngtonie; dowódca Marynarki Wojennej wiceadmirał Andrzej Karweta, absolwent londyńskiego Royal College of Defence Studies; dowódca Wojsk Lądowych gen. Tadeusz Buk - ukończył podyplomowe studium dowódczo-sztabowe w USA; dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik, absolwent Netherlands Defence Academy w Hadze oraz US Air Force’s University w Montgomery; dowódca Wojsk Specjalnych gen. Tadeusz Potasiński po studium operacyjno-strategicznym w George C. Marshall European Center for Security Studies, wreszcie dowódca operacyjny gen. Bronisław Kwiatkowski, absolwent Führungs­akademie der Bundes­wehr w Hamburgu.Ci wojskowi poza studiami w Polsce przeszli gruntowne przeszkolenie na Zachodzie, mówili biegle po angielsku i... nikt z nich nie był szkolony w ZSRR.
Gdyby zastosować rzymską paremię prawnicza is fecit, cui prodest – ten uczynił, kto skorzystał rozważając, że pod Smoleńskiem nie koniecznie doszło do wypadku, a wątpliwości są coraz większe, to można by dochodzić, kto na tym zdarzeniu skorzystał. Jak to powiedział Bronisław Kmorowski: „... prezydent będzie gdzieś leciał i to się wszystko zmieni.” Rzeczywiście zmieniło się!
Przejdźmy do innych opcji. Skoro Amerykanie zaczęli się ewakuować z Europy, to w Polsce różni „lepiej poinformowani” zaczęli zastanawiać się z kim teraz należy się sprzymierzać.


Z racji „europejskich” silnie zabrzmiała opcja proniemiecka, która coraz głośniej woła: Polacy idziemy z Niemcami!
Wyraził to najmocniej minister Radosław Sikorski przemawiając w listopadzie 2011 w Berlinie:
„Zapewne jestem pierwszym w historii ministrem spraw zagranicznych Polski, który to powie: Mniej zaczynam się obawiać się niemieckiej potęgi niż niemieckiej bezczynności.Niemcy stały się niezbędnym narodem Europy. Nie możecie sobie pozwolić na porażkę przywództwa. ... Jeżeli włączycie nas w proces podejmowania decyzji, możecie liczyć na wsparcie ze strony Polski.”.
Myliłby się jednak ktoś, kto by sądził, że takie słowa może wypowiadać tylko minister w rządzie premiera, który miał „dziadka w Wehrmachcie”. Tendencje proniemieckie przejawiają też ludzie należący do przeciwników Tuska. Wpływowy publicysta Rafał Ziemkiewicz pisał w artykule „Polska realna – czyli jaka?” („Rzeczpospolita”, 26-09-2009): „Być może jednak trzeba dziś wyraźnie powiedzieć, że zachowanie suwerenności wyszło z naszego realnego zasięgu. W takim razie trzeba sobie zadać pytanie o mniejsze i większe zło. Największym byłoby bez wątpienia rozdzielenie w Polsce stref wpływów pomiędzy Rosję i Niemcy, jak wielokrotnie w przeszłości. Jeśli już musimy znaleźć się w całości w jednej ze stref, należy więc zadać sobie pytanie: Rosja czy Niemcy? Wystarczy porównać Wielkopolskę z Białostockiem, żeby uznać odpowiedź za oczywistą. Tym bardziej że współczesne Niemcy nie kwestionują polskiej odrębności i prawa do państwowości – co w wypadku Rosji nie jest oczywiste.”
Pojawiły się też książki przekonywujące Polaków, że w przeszłości polskie władze popełniły zbrodniczy błąd odrzucając sojusz z Hitlerem. Na taki temat można spotkać obok wytworów nieomal goebelsowskiej propagandy (Robert Michulec, „Ku wrześniowi 1939”, Gdynia 2008) opracowania próbujące z polskich pozycji uzasadnić sprzymierzanie się z Hitlerem (Piotr Zychowicz, „Pakt Beck – Ribbentrop”, Warszawa 2012). Wniosek stąd oczywisty: skoro w 1939 r. warto było iść z kanclerzem Hitlerem, to cóż dopiero teraz z kanclerz Merkel. Nie można wykluczyć, że wkrótce ktoś napisze książkę o tym jak Polacy wspierają niemiecka ofensywę na Königsberg, a Bundeswehra pomaga Wojsku Polskiemu wyzwalać Grodno i Brześć n. Bugiem.


Stronnictwo „ruskie” działa mniej natrętnie. Jednak zaczęły pojawiać się głosy namawiające Polaków do włączenia się w putinowski projekt Eurazji i podkreślające, że łączy nas z Rosjanami słowiańskość i chrześcijaństwo – czytałem ostatnio wypowiedź pani profesor twierdzącej, że dzięki Putinowi Rosja znów stała się chrześcijańska i razem możemy walczyć ze zgnilizną płynącą z Zachodu. Zgnilizna jest widoczna, ale zastosowanie reżimu Putina jako odtrutkę wydaje się więcej niż wątpliwe. Ponadto nie można zapomnieć, że Rosja sowiecka trzymała Polskę w niewoli 45 lat, a carska Rosja prawosławna lat 123!
Inaczej niż w przypadku „stronnictwa pruskiego” nie ujawniają się politycy polscy, którzy otwarcie opowiadaliby się za sojuszem z Rosją. Wystarczy jednak zajrzeć do gazet rosyjskich by dostrzec kogo Kreml obdarza w Polsce zaufaniem. Po zwycięstwie Komorowskiego w wyborach prezydenckich ogłoszono: Москве и Варшаве будет легче развивать двусторонние отношения при президенте Коморовском. I dalej czytamy:
„На это надеются в российском руководстве. Исход воскресных выборов в Москве оценивают со знаком "плюс", сказал сегодня председатель думского комитета по международным делам Константин Косачёв.”
http://echo.msk.ru/news/693058-echo.html
Ze swej strony Komorowski robi wiele, aby zasłużyć na dobrą opinię na Kremlu. Pamiętamy przecież jak wystawił pomnik najeźdźcom bolszewickim z 1920 roku pod Ossowem, we wrześniu 2010 podczas wizyty w Paryżu poparł - ku osłupieniu obserwatorów - sprzedaż Rosji przez Francję okrętów desantowych „Mistral”, natomiast w lutym 2012, na Konferencji o Bezpieczeństwie w Monachium zapewniał, że Polska uruchomiła w stosunkach z Rosją własny „reset”.

Czas ucieka!
Sytuacja w jakiej znalazła się Polska nakazuje, aby wspólnie i ponad tzw. podziałami zdecydować jaki powinien być kierunek polskiej polityki, aby krajowi zagwarantować bezpieczeństwo i rozwój. Rokowania nie są dla Polski najlepsze. Miejsce Polski wśród państw świata, według danych GUS, jest coraz niższe. W ciągu ostatnich czterech dekad spadło o 7 pozycji: z 15 na 22, a ma być jeszcze gorzej.


Prognoza GUS - pozycja Polski w świecie
Należy więc realistycznie, ale nie kapitulancko ocenić możliwości i wybrać optymalne rozwiązania pamiętając, aby wybierać z POLSKIEGO punktu widzenia! Trzeba stworzyć plan budowania polskiego ośrodka siły w Europie badając ustawicznie, co można dla Polski uzyskać w Waszyngtonie, Moskwie, Berlinie, w Paryżu i Delhi, w Londynie i wszędzie tam, gdzie pojawiają się impulsy wpływające na światowy układ sił. Trzeba wreszcie odbudować polskie siły zbrojne, aby nie uprawiać bezsilnej polityki.
Elity narodu powinny wziąć się do pracy zanim nie będzie za późno. Powstaje tylko wątpliwość, czy Polska ma takie odpowiedzialne państwowo myślące elity.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Jeśli zacieśnianie sojuszu, zbliżenie to napewno nie z Rosją. Nic gorszego by nas nie mogło spotkać. Dzielenie polski między Rosję i Niemcy też nie jest szczególnie mądrym pomysłem. To by spowodowało tylko dalsze pogłębianie różnic w rozwoju regionów, które pojawiły się po zaborach.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#303471

Dzielenie Polski między sąsiadów nic nie da. Wydaje mi się, że najlepszą rzeczą byłoby stworzenie swoistej unii państw Europy Środkowo-Wschodniej na bazie Trójkąta Wyszehradzkiego. Ale sam pomysł został swego czasu dość szybko opanowany przez środowiska związane z UE jako swego rodzaju zagrożenie dla integracji i upadł. Po prostu nie pozwolono na to. Zresztą do tego trzeba byłoby silnego rządu i silnego prezydenta, czego u nas zabrakło.
Mówienie o współpracy w kraju ponad podziałami jest niemożliwe ze względu chociażby na to, że PO jest partią bezideową. Widać to po głosowaniach w Sejmie. Nawet gdy posłowie PO mają inne zdanie, głosują tak jak szef im przykazuje. Z takimi ludźmi nic się nie zbuduje.
Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Szpilka

#303599