Jakże smutna prawda o francuzach - Andrzej Bobkowski "Szkice piórkiem"

Obrazek użytkownika Tomasz Węgielnik
Kultura

Le Lavandou, 11.9.1940

Idę do La Seyne. Po lewej stronie zalew morski. Na nim grzeją się w słońcu łodzie podwodne. Nie lubię łodzi podwodnych; mają w sobie coś z płaza.

Smukłe, szare ciała, od których bije jakby chłód głębin, po których wiją się płochliwe, kąsające po nogach z determinacją tchórza. Wstrętna broń. La Seyne jest przedmieściem Tulonu; na ulicach ruch, szczególniej przed sklepami. W bistrach marynarze z czerwonym pomponem na czapce. Wszędzie ich pełno; widać, że nie wiedzą, co począć z czasem. Po co Francja marynuje te okręty? Nasi już dawno byliby gdzie indziej. Przecież oni tutaj poddali się na pewno korespondencyjnie, listownie albo telegraficznie. Ci marynarze nie mają chyba nerwów, serca i nawet rozumu. To są rzeczy, których nie jestem w stanie pojąć. To nie jest już nawet - kartezjańskie.

Jest już upał. Mistral ustał. Wchodzę na piwo. Przy kontuarze jakiś marynarz i dwaj cywile. Głośna dysputa.
- Mais, j'te dis , że największa bitwa była nad Marną. To była najważniejsza bitwa.
- Mais non! Pod Reims. Tam się naprawdę wszystko zdecydowało.
- Pod Reims? Czy dlatego, że poświęcili tam sto tysięcy Amerykanów?
Nie wiem, czy tam poświęcili Amerykanów, czy chodziło im o pierwszą, czy o drugą bitwę nad Marną, ale wiem, że tam na zalewie leżą łodzie podwodne. A dyskusja toczy się dalej, kaskady niepowstrzymanych słów o liściach laurowych już dawno zasuszonych, dobrych jako przyprawa; oni ciągle starają się je podać jako gorące danie główne, tak zwany plat de résistance . Jest takie medyczne określenie na pewien rodzaj pomieszania zmysłów, łagodny, polegający na tym, że chory dwa pierwsze zdania wypowiada do rzeczy, a potem mówi, mówi i mówi - wszystko od rzeczy. Nazywa się to "la logorrhée". Wyciek słów podobny do wycieku ropy przy pewnej chorobie wenerycznej. "La logorrhée" jest chorobą Francji - i to już od wielu lat. Wydaje mi się, że to piwo ma taki sam stęchły zapach, jak te słowa przy kontuarze.

Wracam obładowany. Żar zrobił się nieznośny i idę wolno. Nie patrzę już na zalew, odwracam głowę. Coś we mnie pękło, coś bulgoce, do ust podchodzą słowa, których dotąd nie ośmieliłbym się wypowiedzieć głośno. W całym moim życiu żeniłem się ze wszystkim z miłości. Nie uznawałem innych małżeństw. To nie jest wygodne, ale co robić, gdy nie można inaczej? Z Francją ożeniłem się z wielkiej miłości młodego. I nagle tu, w Tulonie widzę, przeczuwam wszystko, domyślam się; domyślam się tej perfidnej korespondencji i flirtów, uprawianych między Clermont-Ferrand i Tulonem. Tu widzę Francję nagą, leżącą w Tulonie, jak dziwka. Czeka i uśmiecha się z rezygnacją, rozchyla nogi... Zdradza mnie. Pot cieknie mi po policzkach, szepcę jakieś słowa. Och - może to jednak nieprawda? Odwracam głowę. Leżą cicho popielate, smukłe. Tam dalej dwa krążowniki. Nie widziałem ich przedtem.

Przychodzę do namiotu. Tadzio rozpalił ogień, pachnie kawa. Kręci się, zbiera, porządkuje. "Dzień dobry Tadziu - jak się spało?" - Cisza. "Wiesz - dostałem wspaniałych konfitur. Płynne złoto w puszce". Tadzio nic nie mówi, zachowuje się, jakby mnie nie było. Podchodzę, obejmuję, nachylam się do twarzy. "Czy gniewasz się na mnie o co?" Odsunął mnie i powiedział: "Ty ze mnie zejdź, bo mnie duszno". - "Co ci jest? Czujesz się niedobrze?" - "A jak mam się dobrze czuć? Chodź!" - Ciągnie mnie na skraj lasku. Jesteśmy na górze i roztacza się stąd szeroki widok. Tadzio zauważył to samo, co ja i pieni się: "No, popatrzże się na ten szmelc" - wskazuje na łodzie podwodne i na okręty - "widzisz, jak się poustawiali? A na co oni czekają? Na opakowanie. Żeby Niemcom w zębach przynieść. Tu się ucz, że Westerplatte i Warszawa to dobre, ale do fotografii. A oni tymczasem raz flaczki, raz ziemniaczki, raz kuperek z kaczki... Szkoda każdego słowa". Wielka rewia soczystych przymiotników i rzeczowników.
Wracamy do namiotu. Tadzio przełyka tak głośno, że słychać każdy łyk kawy. Od czasu do czasu pochyla się, zagląda popod liście i prostuje się. We -mnie jest smutek, zawód - w nim bunt, bezkompromisowość człowieka młodej rasy i klasy. Czuję, że ten gniew udziela się także mnie. Mam ochotę spluwać i zwyczajnie kląć - nie, nie zwyczajnie: barwnie, przeciągle i skomplikowanie.

 

Fragment "Szkiców piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

... Bobkowskiego dotąd nie czytałem.)

Dzięki!

Pzdrwm

triarius

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

It's not about who's right, but who's left. ("Ojciec amerykańskiego karate" Ed Parker)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pzdrwm

triarius

-----------------------------------------------------

http://bez-owijania.blogspot.com/ - mój prywatny blogasek

http://tygrys.niepoprawni.pl - Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów

#5750